
Wyjątkowo nie mogłam doczekać się tego wyjazdu z przyczyn innych niż zwykle. Może to zabrzmi dziwnie, ale chciałam udać się w pogoń za słońcem. Odliczałam dni do naszego startu, który miał dać wybawienie od ciemnych dni i nocy grudniowo – styczniowych, mroku, pluchy, dni do siebie podobnych. Codziennie przed wyjazdem sprawdzałam włoską prognozę pogody mając bardzo silne oczekiwanie, ze temperatura nad Śródziemnym poderwie się do dwudziestu stopni. A wiatr chmury przepędzi i będzie nam dane wgapiać się w nieba lazur co najmniej jak późną ciepłą wiosną. Wygrzejemy sobie kości, najemy się lodów i wrócimy ogólnie silniejsi.
Plan był, pozostało kampera zapakować i ruszyć w drogę. Znowu próbowaliśmy połączyć zimę z latem i w tym szaleństwie zapakowaliśmy wszystko – narty, rowery, hulajnogę i kąpielówki.
Kiedy ma się na pokładzie narty, pierwszy odcinek staje się bardzo przewidywalny. Trzeba po prostu dojechać. W Alpy, tudzież ich włoską część – Dolomity. Pokłonić się im już na stacji w Irschenebergu, gdzie pół Polski obowiązkowo zjeżdża do Mac Donalda, KFC i Burger Kinga, dotankowuje paliwo i obserwując znikające za górami słońce stwierdza po raz kolejny, że świat jest piękny, a zwłaszcza jest piękny w tym konkretnie miejscu. Gdzie Alpy zdają się już jeść z dłoni, fantazjuje jak tam będzie pięknie w tym roku, jak już za chwilę da się porwać bieli stoków i słyszy już prawie szum własnych nart zsuwających się po sztruksie.

W tym dokładnie miejscu co roku od lat robimy sobie zdjęcie. Co roku, chyba od 2004.
Potem słońce zachodzi, trzeba przedrzeć się przez Austrię, tuż za Innsbruckiem zerknąć tęsknie w kierunku doliny Stubai, bo tam zaczęły się kiedyś nasze narty na poważnie, w poprzedniej erze wczesnej młodości. Potem przejechać przełęczą Brenero i dać się rozgałęzić lokalnymi drogmi wpychającymi już narciarzy w konkretne rejony. Nas w tym roku podepchnęło aż pod Colfosco. W okolicach Alta Badia, w jednym z rogów masywu Sella Ronda.

Co nas ujęło tym razem tak, że to właśnie tam postanowiliśmy dotrzeć? Po pierwsze poszukiwanie nowości i odkrywanie miejsc – dokładnie tutaj jeszcze nigdy nie byliśmy, choć na samej Sella Rondzie już dwa albo trzy razy. Po drugie opisy na innych blogach, że ten kemping jest naprawdę warty grzechu. Bo oferuje możliwość przejazdu nartami bezpośrednio z kampera na stok – i tak właśnie było.




Okoliczności geograficzne naszego pobytu były zachwycające. Piękna korona białych szczytów wokół nas, poczucie izolacji, mały prześliczny kurort, cudowny dobrze ubity śnieg, mnóstwo wyciągów gondolowych w różne strony.



No to zapięliśmy narty następnego dnia i pomknęliśmy, każdy w swoi tempie ;) Mikołajowi już dawno przestałam dorównywać, Jarkowi nawet nigdy nie próbowałam, mimo tego miałam olbrzymi fun z każdego kolejnego doliczonego na skipassie kilometra, na każdej kanapie, na każdym zwrocie. Słońce świeciło przepięknie, a ono zawsze daje mi wrażenie, że zasuwam po śniegu cztery razy szybciej, prawie się od niego odrywając. Oczywiście suche smętne dane temu przeczą, moich nóg nie stać na żadne szaleństwo, wiem to od dawna, ale radochę i tak mam przepotężną i na to powinna być zupełnie inna skala. Jarek i Miki zdobywają nowe przerażające szczyty, kiedy ja w tym czasie mogę piłować cały czas jedną trasę, która przypadnie mi do gustu, a po czasie czuję się na niej jak królowa szosy :)
- Chodź, chodź, tam jest fajnie!
- Nie, tu też jest fajnie.
I tak właśnie wyglądają nasze krótkie dialogi jak akurat się gdzieś skrzyżujemy.
Potem Ci najsilniejsi idą na jedzenie i odrabianie sił, a ja piłuję swoje dalej. Bo żal mi tego piękna, sportu, karnetu, tempa przyrastania kilometrów, dnia, czasu, ferii, życia.
Chwilę później wszystko jest i tak tylko wspomnieniem.





Jesteśmy tam dwa dni, w noc rozdzielającą pierwszy od ostatniego wybieramy się na przydługi, przecudowny spacer po alpejskiej okolicy, trochę skrajem cywilizacji, trasą biegową, trasą dla psów, trasą lekko tylko zimą przedreptaną, ale bezpieczną. Mijają kolejne kilometry, tym razem dokonywane krokami, telefon puchnie od zdjęć.



Kolejny dzień, kolejne słońce. Wszystko dokładnie tak samo jak dnia poprzedniego. Ich wyczyny, moje piłowanie własnego kawałka Alp.






Wieczorem kamper mknie już na południe.



Niedaleko, tylko do Bergamo. Odstawiamy Mikołaja na samolot, bo postanowił nie marnować dalszej części ferii z nami i wrócić do Polski. Ukradkiem ocieram ślady wzruszenia, że nasz mały syn już samodzielnie samolotem lata. Gapię się jak odchodzi na kontrolę bagażu podręcznego, on w moim kierunku wcale. Naturalny proces osiągania życiowej dojrzałości. Tylko czemu to tak szybko zleciało… ?
Jarek krąży pod terminalem lotniska jak rekin polujący na zdobycz, zaparkowanie potężnym kanciastym pudłem nie jest łatwe. Wyskakuję z terminala, dziecko przecież już zniknęło z oczu dawno, jedziemy dalej.
Parkujemy w okolicach starego miasta w Bergamo. Postanawiamy zostać tutaj na noc, skoro jest okazja. Ale aby dojść do centrum trzeba pokonać jakieś miliony zakręconych schodów i wywalić znowu z siebie trochę sił, których w zasobniku po całym dniu na nartach aż tak dużo już nie mamy.
Szukamy czegoś, co jest otwarte, robi się zimno. Przysiadamy przy stoliku na dworze, zamawiamy wino i deskę serów. Po chwili wchodzą nam w uszy włoskie rozmowy ludzi z krzeseł obok. Nasz pies znowu skupia na sobie uwagę, jest przyjacielem wszystkich i wszyscy są jego przyjaciółmi. Dostaje wodę, mięso z restauracji, pychotki z różnych kieszeni i nie wiadomo, co jeszcze. Słuchamy opowieści o innych psach, jakiego kto kiedy miał i jaki był bardzo podobny. Taki sam.






Robi się już naprawdę zimno, hejnał przestał wybijać godziny, jest mocno po północy. Wracamy do kampera.
Rano kierunek Umbria.