Słońce wstało razem z nami i postanowiło pięknie świecić.

Tankujemy, kupujemy kawę, wklepujemy trasę w nawigację. Mijają kilometry, odliczamy je informacjami ile jeszcze do morza, ile do Toskanii, ile do Umbrii.
Dojeżdżamy do Citta Di Castello, to już Umbria. Przez kolejne dni będziemy nastawiać wszystkie wewnętrzne radary na porównywanie jej do Toskanii, filtrując wszystkie te zdania, zatrzymane w głowie jak echo przyklejone do skał, kiedy inni, dobrzy znajomi i przyjaciele namawiali – „jedźcie do Umbrii, jest nawet ładniejsza niż Toskania, a taka w ogóle jeszcze nie rozpoznana, dzięki temu nie komercyjna”. No to zobaczymy.
Na parkingu pod starą częścią miejscowości Citta di Castello rosną i kwitną jakieś zioła. Przyroda rusza po krótkiej zimie do ataku. Chodzę z psem, czekam na Jarka. Jarek lata dronem. Po wielu minutach pakuje drona do dedykowanej mu torby i mówi do mnie, że tu nic nie ma. Nie martwię się tym. Często tak mówi, jak lata dronem, a potem ja wiem, że i tak jest fantastycznie :) No bo przecież jedziemy zawsze jak po sznurku wyłącznie od jednego niesamowitego miejsca do drugiego, a wcześniejsze planowanie trasy stanowi dla mnie dziką przyjemność, w której bardzo trudno o radykalne pomyłki :)
Chwilę później chodzimy po miasteczku i wsłuchujemy się w pogodę szukając potwierdzenia, czy jest już bardzo ciepło, czy na razie powściągliwie ciepło. Więc trochę idziemy w płaszczu, a trochę nie.



Miasteczko jest wymarłe prawie, jeśli nie liczyć matek z wózkami. Jeśli mierzyć włoskie życie ilością otwartych restauracji, to tam tego życia prawie nie było. Z trudem znaleźliśmy fajne miejsce, a oczekiwania mieliśmy już ogromne. Wszak ukochane Włochy, słońce, urlop, dobra pora dnia na jedzenie.

Posiłek był jak na te wielkie oczekiwania można powiedzieć w miarę ok., gorzej z magnesami na lodówkę :) – praktycznie nie było takiego miejsca, gdzie można by było je kupić. A jak już było gdzie, to nie można było nawet wybrzydzać, bo nie było specjalnie w czym.
Deptakiem w dół. Jarek mówi – bez sensu, tam dalej nie ma już słońca. Zawracanie. Deptakiem w górę.



Jedziemy do następnej miejscowości.
Zdjęcia z Citta di Castello zachowały się jednak piękne. Choć wiele ich nie mam.