Przejdź do treści
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Ferie 2024 przystanek 3 Umbria - Castiglione del Lago

Podróże Anny 10.06.2025

Dojechaliśmy do Castiglione del Lago. Dzień zmierzał pomału do końca, więc odwiedziliśmy lokalny włoski supermarket, aby uzupełnić zapasy. Jak to jest, że tam w zwykłym sieciówkowym spożywczaku jest tak bogaty wybór serów, win, włoskich specjałów, jak by to były delikatesy! Coś niesamowitego! Z planowanego krótkiego pobytu w sklepie zrobiło się co najmniej pół godziny grzebania po półkach.

A potem szukaliśmy otwartej restauracji. Nie było to łatwe. Jednak w Umbrii poza sezonem nie wszystko bywa dostępne na taką skalę, jak by się oczekiwało.

Trafiliśmy do restauracji, która miała bardzo pozytywne opinie. Ale niestety szefowa poinformowała nas, że właściwie nie przygotowuje dań na ciepło, jedyne na co możemy liczyć to przekąski. Skierowała nas do konkurencji, opisała dokładnie jak tam trafić i zaprosiła, aby wrócić do niej jak już tam się najemy.

Tak zrobiliśmy. Udało nam się zjeść coś na ciepło w restauracji, którą niespecjalnie zapamiętałam więc chyba nie oferowała niczego godnego zapamiętania i wróciliśmy do tej pierwszej.

I to było to! Zalegliśmy na miękkiej sofie na co najmniej 3 godziny, otoczeni piękną sztuką i najlepszymi winami oraz osobiście podjęci przez właścicielkę restauracji, która okazała się być Polką. To, co nam przygotowała tego wieczoru zasługiwało na najwyższe uznanie kulinarne i nigdy, w żadnej mierze nie powinna nikogo wcześniej odsyłać do żadnej konkurencji! Powiedziała, że tak jej dyktuje osobista skromność… Przygotowane przystawki były przepyszne, było w nich serce, obfitość, smak, poczucie degustowania czegoś niewymownie doskonałego. O czasu do czasu gospodyni przysiadała się do nas na krótką pogawędkę, właściwie to może głównie myśmy ją o tego prowokowali, prowadzeni patriotyczną ciekawością, jak się rodaczce na obczyźnie wiedzie.

Rozmowa była miła i ciekawa, wino wyśmienite.

Bardzo polecamy to miejsce wszystkim rodakom i nie tylko im!

Zapamiętajcie ten adres – Piano B, Viale 1 Maggio 2C, Castiglione del Lago.

Przecudowne miejsce do fajnego spędzenia wieczoru.

Kiedy opuszczaliśmy to miejsce bardzo późnym wieczorem temperatura na zewnątrz bardzo spadła, pobiegliśmy do kampera, żeby nie dać zimnu wtargnąć w stan świadomości. Wszak przyjechaliśmy tutaj goniąc słońce…

A ono jak by wiedziało i rano zaserwowało nam tak piękny wschód, spektakl przyrodniczy, jaki tylko mogliśmy sobie wymarzyć. Staliśmy nad jeziorem, była cisza, woda nie odpowiadała najmniejszą zmarszczką przez długie kwadranse. Ptaki powoli budziły się, otrzepywały pióra, chodziły po parku jak by były małymi psami, jak by przeskok międzygatunkowy był oczywisty.

Dopiero kiedy słońce było już wysoko, woda odpowiedziała pierwszym marszczeniem. Zbieraliśmy się pomału z kampera, wypakowaliśmy rowery. Ruszyliśmy w piękną trasę wzdłuż jeziora Trasimeno (Jeziora Trazymeńskiego).  Po godzinie 10.00 było już na tyle ciepło, że można było pozbyć się kurtek. Postanowiliśmy nie uronić ani chwili z cudownego słońca. Po przejechaniu kilku kilometrów wzdłuż brzegu i odwiedzeniu kilku stanowisk widokowych, zmieniliśmy kierunek i wbiliśmy się na wysoka górę, do położonej na niej starej części miasta i zamku. Tam rozkładał się targ, z oliwkami, owocami suszonymi na słońcu i mało znoszonymi butami. Z położonego wysoko starego miasta można było potem rozpędzić rower do poziomu szczenięcej radości. Ale zanim to nastąpiło, odwiedziliśmy kilka stoisk i kupiliśmy oliwki, niektóre wielkości prawie orzechów włoskich. Oraz suszone mango. I kilka innych wspaniałych rzeczy.

Pomimo dnia targowego, w tej miejscowości panował pozasezonowy spokój.  Ewentualnych turystów spotkaliśmy jedynie w sklepie sprzedającym magnesy i inne drobnej masy towary popularne.

Kamiennymi chodnikami sunęli nieśpiesznie nieliczni wylegli na ulice mieszkańcy, wdani w ciche rozmowy, sporadycznie przemykali też lokalni rowerzyści. Dla nich zima, dla nas – prawie lato.

Mieliśmy wrażenie, że przywitaliśmy się już z wszystkim starymi drewnianymi drzwiami, z wszystkimi zakątkami i widokami. Pozdrowiliśmy jeszcze raz okolicę, a może uśmiechnęliśmy się do własnego wspomnienie i pognaliśmy kamperem dalej. Dwie godziny później chodziliśmy już ulicami Perugii.

back to top