Zimowa podróż przez Europę była wspaniała, jej jedynym minusem, ale bardzo silnym było to, że zaraz po powrocie Ukraina wpadła w odmęty wojny i rozpoczął się kolejny bardzo trudny czas dla naszej ułożonej, cywilizowanej, współczesnej Europy. Kładliśmy się późną nocą do łóżka, zmęczeni nieco długą drogą powrotną, a obudziliśmy się w zupełnie nowej rzeczywistości. Rano rozpoczęła się wojna, smutek, dramat dla tysięcy ludzi.
A jeszcze zaledwie kilka dni wcześniej, kiedy wygrzewaliśmy się w słońcu na kamiennym pirsie w Antibes, pewien sympatyczny Francuz wyraził swój pogląd, że wojny na pewno nie będzie, bo to się Putinowi nie opłaca. Długo mówił, wydawał się mądry, ale ja dawno przestałam już przedkładać wywody innych ludzi, jakkolwiek mądrze by nie brzmiały ponad głos wewnętrznej intuicji i własnego przekonania. Powiedziałam mu, że ja odczuwam duży niepokój, że wojna jednak będzie i bardzo się jej boję.
Podczas tej podróży przejechaliśmy sporo i odwiedziliśmy sporo naprawdę cennych miejsc, więc tradycyjnie postanowiłam opis podzielić na odcinki, aby w ten sposób każdemu miejscu móc poświęcić chociaż minimalnie tyle uwagi, ile na to zasługuje.
Odcinek 1 – dojazd nad Morze Śródziemne przez Kronplatz i Weronę.
Jak spakować się na podróż kamperem zimą? Ile zabrać butli z gazem, jaki sprzęt, jakie ubrania, jeśli zaplanowało się aż taką różnorodność wydarzeń, czy to wszystko uda się spakować w ramach limitu wagi 3,5 tony? Mieliśmy zamiar pojeździć na nartach w Alpach, ale także wygrzać się na słońcu na południu Europy, pojeździć na rowerach, powłóczyć po ładnych miejscach. I przewidzieć w bagażniku trochę miejsca na dobre francuskie wino prosto z winnicy…
Jak trzeba, to wszystko się zmieści… Wystartowaliśmy wieczorem 10 lutego, w urodziny naszego psa :)
Pierwszy nocleg spędziliśmy na obwodnicy Berlina, okoliczności nie warte żadnego opisu, poza tym, że dosłownie po drodze i w miarę spokojnie, na parkingu przy stacji paliw, restauracji, wśród innych samochodów i tirów. Drugiego dnia po południu, na kolejnej stacji paliw oglądaliśmy zachód słońca już nad panoramą Alp – charakterystyczny punkt trasy, z którego rozpościera się ten charakterystyczny widok wskazujący, że Alpy są już na wyciągnięcie ręki – ci, którzy dobrze znają tę trasę, wiedzą o czym piszę. … Irschenberg.

Wieczorem dotarliśmy pod stok narciarski Kronplatz, a dokładnie to zaparkowaliśmy w miejscowości Bruneck . W tym miejscu nasza piękna zimowa podróż naprawdę rozpoczęła się na dobre. Pomimo trzaskającego mrozu i bardzo późnej pory udaliśmy do centrum miasteczka w poszukiwaniu restauracji. Prawie wszystkie właśnie zamykali, ale w jednej z nich szef kuchni zrobił istotny dla nas wyjątek. Przygotował nam w parę chwil coś wspaniałego, do czego dołączyliśmy idealne wino. I te paręnaście minut przeniosło nas we włoski wymiar dolce Vita.

Kolejny dzień spędziliśmy intensywnie na nartach. Raz a dobrze, tak orzekliśmy, bo wieczorem byliśmy już w drodze do Werony.








Narty sprowadzone do jednodniowego wydarzenia na stokach Kronplatz były wspaniałe, pełne zachwytów nad widokami, okraszone słońcem, mocno wyjeżdżone… Ale jako, że nas ciągle gna przed siebie jakiś wewnętrzny impuls, kiedy Jarek rzucił hasło w swoim stylu: „ja bym jechał, bo co tu dalej robić”, nie mogłam nie przyznać mu racji i po kilkudziesięciu minutach w pełnej zgodzie pędziliśmy już na południe.

Werona… Ach Werona! Do tego zimą! Cóż to było za ponowne odkrycie! Zaparkowaliśmy w niebywale pięknym miejscu. Kiedy wysiedliśmy z auta i roztoczył się przed nami widok na rozświetloną historyczną część miasta u stóp, oniemieliśmy z zachwytu, a kiedy chwilę później zbiegaliśmy w dół po kamiennych starych schodach, to silne wrażenie uczestniczenia w czymś pięknym jeszcze się wzmogło.

Na zabytkowym rynku było bardzo dużo ludzi, pomimo zimy, pory i niskich temperatur. Restauracje miały rzędy stolików wystawione na zewnątrz, jak latem. Ludzie grzali się pod lampami – kaloryferami. Kiedy jedliśmy kolację, docierał do nas radosny włoski gwar. Spędziliśmy w Weronie super wieczór, nocny spacer po mieście był świetny. Drapanie się po kamiennych schodach z powrotem do kampera też. Robiliśmy zakłady, ile stopni mamy do pokonania i chyba było ich około dwustu.






Z samego rana wyruszyliśmy jeszcze dalej na południe. Naszym celem było Morze Śródziemne i piękna landrynkowa Liguria.