Nasza trasa powrotna była tak wypełniona wrażeniami i pięknymi miejscami, że w ogóle nie czułam abyśmy już wracali, a ciągle uczestniczyli w przepięknej podróży. Na tym właśnie polegają atuty podróżowania kamperem!
Kiedy opuszczaliśmy okolice Morza Śródziemnego, na wysokości Marsylii termometr pokazywał 22 stopnie w cieniu. W związku z tym zaplanowane w tym czasie tankowanie samochodu dziwnym zbiegiem okoliczności przedłużaliśmy w nieskończoność :), bo zwyczajnie żal się nam było z tym pięknym słońcem żegnać. Jarek ogarniał pełen serwis kampera (francuskie autostrady są pod tym względem super, jest wiele miejsc przygotowanych na pełną i bezpłatną obsługę kamperów), a ja donosiłam kawy, lody, próbowałam jak działa moja suszarka do włosów w publicznej toalecie (nie działała wcale), dokładnie zwiedziłam całą okolicę parkingu (nie było tam nic ciekawego). Po prostu rozciągaliśmy czas, na ile tylko potrafiliśmy.
Było zatem całkowicie ciemno i późno, kiedy dotarliśmy w kolejne zaplanowane miejsce. Obawy o utratę pogody okazały się niezasadne, bo kolejny świt przywitał nas równie pięknym i mocno grzejącym słońcem. Byliśmy w niezwykłej miejscowości Roussillon, żółtej, i to dosłownie.

Wybudowana na krawędzi żółtego klifu miejscowość przez wieki była ośrodkiem górniczym związanym z wydobyciem ochry. W czasach, kiedy nie istniały jeszcze barwniki syntetyczne, to małe miejsce dostarczało żółty składnik barw na cały świat.

Zapisem tej pięknej historii jest to, że elewacje wszystkich kamienic są żółte, pięknie spatynowane, ich starość tylko dodaje im uroku, szlachetności i piękna.

Chodzisz pomiędzy kamienicami i chcesz je wszystkie dotykać. Niesamowite uczucie.








Z powodu prac zabezpieczających przed niekontrolowanym osuwiskiem główna trasa wycieczkowa po byłych wyrobiskach górniczych została akurat na kilka miesięcy zamknięta. Był to dla mnie potężny cios w samo serce ;) … tym samym musimy tu po prostu wrócić.

Pamiętam ostatnie chwile w tej miejscowości, w małej restauracji z przepięknym widokiem ponad dachami żółtego miasta i nostalgię, jaka już wtedy ogarniała mnie za miejscem, z którego jeszcze nie wyruszyliśmy.



Potem zjechaliśmy w dół, trafiliśmy na winnicę, kupiliśmy wspaniałe wino, które żywi się sokami z tej pełnej ochry gleby. I to już naprawdę były nasze ostatnie chwile w tej okolicy, ale nie ostatnie we Francji.

Po kolejnych długich godzinach w trasie dotarliśmy do naszej ulubionej Alzacji. Tym razem były to szybkie i krótkie odwiedziny – po zakup sera Munster, białego wina i zwiedzenie pięknej historycznej miejscowości Eguisheim z ulicami zakręconymi jak ślimaki.






A potem już tylko powrót i powrót… ostatnia noc na Nowym Pojezierzu Lipskim. To jest, skądinąd, na tyle interesujący obszar, że być może poświęcę jemu jakiś kolejny opis kiedyś …
