
Jeruzalem jest najpiękniejszą winnicą, w jakiej w życiu byłam. Jest jak utkany z fantazji obłok zawieszony nad widnokręgiem. Doliny i wzniesienia, bardzo łagodne, ale jednocześnie mocno rozrzeźbione, zakrzewione gajami winnic, obciągnięte delikatnym prześcieradłem porannej rosy jak muślinem. Tak piękne, że aż nierealne. Ta noc spędzona tam w kamperze i poranek były przeżyciem jak z Matrixa.

Był listopad i rejony europejskich winnic przygotowywały się do święta wina, związanego z datą, kiedy w Polsce obchodzimy św. Marcina. Wykorzystując kilka dni wolnego połączonego ze Świętem Niepodległości wyruszyliśmy tam, gdzie o tej porze roku miało szansę być najpiękniej. Gdzie bezwietrznie, słonecznie i w intensywnych barwach jesieni mogliśmy jeszcze przez chwilę zapomnieć, że nieodzownie nadciąga zima, której nijakość trzeba będzie jakoś przetrwać.
Przezwyciężanie tego, co nieuchronne, zaczęliśmy więc od Moraw.






Średniowieczne piwniczki zabytkowego zespołu o nazwie Cellars Plze są zjawiskowe, wyjęte z baśni. Małe, jak by mieszkały w nich skrzaty, a tak właściwie stanowią arsenał najlepszych win… I na tym koniec ich zalet o tej porze roku. Spodziewany festiwal otwartych piwnic został w tym przypadku sprowadzony do jednej jedynej egzystującej lady, i to tylko do 16.00. Czesi chodzą spać z kurami – mówiła moja babka, potem moja mama, a teraz i ja skłonna byłam to potwierdzić. Około 17.00 okolica stała się już kompletnie odartą z form życia, jedyną egzystencją byliśmy my. Na wieczór przenieśliśmy się więc do większej miejscowości, ale i tam nie było szału. Pusto, jedna czynna restauracja, zakaz wchodzenia z psem. Inny, ciągle jeszcze inny, świat. Więc jedliśmy czesko – morawską kolację na raty, z jedną osobą pozostającą na zewnętrznej wachcie z psem J))) Około 19.00 lub 20.00 z głośników miejskich rozległo się jakieś propagandowe nawoływanie. Niesamowite, że na świecie wszystko się zmieniło, a tam szczekaczki na czterometrowych kijach, powiązane wspólnym kablem dalej funkcjonują. Prymitywny system informacyjny, do dziś używany i do dziś straszący. Komunikaty poprzedzane marszem triumfalnym. I na tym koniec wrażeń z jesiennych Moraw. Więcej i piękniej udało nam się przeżyć w drodze powrotnej, w Mikulovie, ale o tym będzie pod koniec.
Z Moraw przenieśliśmy się do innej krainy słynącej z doskonałych win, wschodniej części Słowenii. Wczesnym popołudniem dotarliśmy do Ptuj. Średniowieczna miejscowość, z pięknym starym miastem odbijającym się w Drawie. To jedno z najpiękniejszych miast w Słowenii, jakie widziałam. Na wzgórzu dominuje świetnie zachowany średniowieczny zamek. Poniżej czerwone dachy wieńczą zwarty układ kamienic. „Ile lat ma ta cegła?” – zapytałam kelnera, wskazując na sklepienie w jednej z restauracyjek. „Siedemset” Tradycje winiarskie są chyba tutaj jeszcze starsze i pochodzą z czasów Rzymian.









Kolejnego poranka kramarze rozkładali swoje stoiska i przygotowywali się do święta wina. Na małej scenie w historycznym centrum rozpoczął się festiwal lokalnych pieśni. Ludzie w odjazdowych kostiumach, płaszczach i nakryciach głowy zaczęli snuć się ulicami. Zaczął roznosić się zapach wspaniałego jedzenia przyrządzanego na żywym ogniu.


Zdecydowanie Ptuj zapamiętam na długo, to było dobre preludium do następnego odwiedzonego miejsca w pobliżu, 34 km dalej. Jeruzalem, o którym pisałam na początku, skradło moje serce. To inny, piękny świat, rzędy winnic zatopione w krajobrazie pagórków i uroczych dolinek, żywa zieleń, intensywne złote kolory jesieni, silna czerwień dachówek w słońcu – to wszystko można by napisać o każdym miejscu, gdzie są winorośla, o tej porze roku, ale to jedno było naprawdę szczególne. Łączyło w sobie pewną zaściankowość wschodniej części Słowenii (kraju z socjalistyczną przeszłością ustrojową), z otwartą prostodusznością ludzi i malowniczymi pejzażami. Prosta zabudowa, za to z wielkim wyczuciem wpisana w krajobraz, czyniąc go pełnym ładu. Bez przepychu, blichtru, naturalnie, swojsko, przeuroczo i przepięknie.










Dość ciężko było wyruszyć z tego pełnego uroku i spokoju miejsca w drogę powrotną. Ale przedłużony weekend listopadowy dobiegał powoli końca. Spakowaliśmy kampery i ruszyliśmy... najperw krótki postój w miejscowości Maribor, słynącej z posiadania nastarszego drzewa winorośli na świecie:





... a potem dalej, przez Austrię i Morawy. Wieczorem dotarliśmy na nocny postój do miejscowości Mikulov. Dobrze nam znany, odwiedzany wcześniej zarówno zimą i latem, dobre miejsce na przystanek w drodze na południe Europy, jeśli przemierza się nią tamtędy. Tym razem liczyliśmy na to, że listopadowe święto wina dotrze i tu, wszak to bardzo istotny ośrodek Moraw. Nie zawiedliśmy się. W mieście była muzyka, wino i ludzie oraz czekało na nas świetne jedzenie.

Następnego dnia odwiedziliśmy nasze polskie Góry Stołowe, na zakończenie załączam więc kilka zdjęć z Szczelińca Wielkiego oraz Błędnych Skał.

