Zaczynam swoją opowieść siedząc w pociągu. Bardzo chciałabym, aby historia naszego wyjazdu na Bałkany została spisana tak jak powinna – obszernie, emocjonalnie, dobrze. A to potrzebuje dużej przestrzeni. Przede mną prawie sześciogodzinna podróż. Mam na kolanach laptopa. Mam czas. Nic tu nie rozprasza mich myśli, nic z bieżących czynności nie okazuje się ważniejsze. Jest niedziela. Ciszę przerwie może jedynie konduktor sprawdzający bilety.
No więc zaczynamy.
To miała być bardzo emocjonalna podróż i taką była. Przedtem Bałkany znaliśmy dość powierzchownie i wyrywkowo, podróżując cienką linią Chorwacji wzdłuż wybrzeża Morza Adriatyckiego, żeglując pomiędzy małymi greckimi wyspami, a w Słowenii odwiedzając przepiękne, ale niewielkie obszarowo winnice oraz kilka innych turystycznie popularnych miejsc. Nie miałam okazji spiąć tego kulturowo w całość, tematyka była różna, okoliczności także, klamra pomiędzy wspomnieniami samoistnie nie zbudowała się.
Tym razem miało być inaczej.
Myśleć o Bałkanach nie da w oderwaniu od tak niedawnej trudnej wojennej historii i tego, jak jeszcze przed chwilą na naszych oczach albo na oczach ekranów naszych telewizorów rozgrywała się potężna zawierucha, która próbowała zniszczyć poprzedni i tak niestabilny układ, i zaprowadzić nowy porządek, przez wielu rozumiany zupełnie różnie. Byliśmy prawie sąsiadami wojny, ludobójstwa, rzezi, zniszczeń. Narody byłej Jugosławii w krwi wykuwały swoją nową przyszłość i niezależność. Ale Bałkany to oczywiście nie tylko była Jugosławia, choć tam ciągnęło mnie najbardziej.
Czytałam dużo, chłonęłam każdą wiedzę, żeby się dobrze przygotować. Przesłuchałam – kilkukrotnie – podcast „Historia Jugosławii” („Za Rubieżą. Historia i Polityka”)- w trzech odcinkach, autorstwa Miłosza Szymańskiego, który z tego miejsca bardzo gorąco Wam polecam i którego jestem fanem. Dostępny m.in. na Spotify, Apple Podcast.
Sześć narodów i siedem wojen.
Słowenia, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Serbia, Macedonia, Czarnogóra i Kosowo. Terytorium, które najbardziej ucierpiało to bez wątpienia Bośnia i Hercegowina. Tam straty wojenne były najdotkliwsze i ofiary w ludziach były najpotężniejsze. Wystarczy wspomnieć, że oblężenie Sarajewa trwało przez 4 lata od 05.04.1992r. do 29.02.1996r., z czego w swoim najmroczniejszym okresie zamieniło się w totalną blokadę i ostrzał miasta.
Kiedy słuchałam o historiach konkretnych ludzi, czułam jak w mojej głowie budują się konkretne, bardzo realnie wyglądające obrazy. Kojarzycie historię związaną z targiem w Sarajewie? Było rok 1994, oblężenie miasta trwało już 22 długie miesiące. Nie można było wychodzić na ulice, ryzyko śmierci było zbyt duże. Sarajewo położone jest w głębokiej dolinie, otoczonej wysokimi wzniesieniami, na szczycie których znajdują się dzielnice serbskie. Z tych wzgórz leciały moździerze, na zboczach znajdowali się snajperzy, położone w dole domy i ulice były dosłownie miażdżone, a ludzie dziesiątkowani. W tym czasie na skutek ostrzału wielu cywilów straciło życie. 12 lipca wydarzyła się znamienna, największa, najbardziej brutalna masakra na rynku Markale – zginęło wówczas 68 cywilów, a ponad 190 osób odniosło obrażenia. Jedną z osób, których historię znamy, był człowiek, który po wielu miesiącach izolacji i braku pożywienia, spakował pamiątki rodzinne z XIX wieku, ostatnie jakie miał i które mogły przedstawiać jakąkolwiek wartość i wyruszył na targ, aby je tego dnia spróbować sprzedać i nabyć za to może pół bochenka chleba. Był jednym z tych, których dopadła ta masakra, po której pozostała dzisiaj pamięć i odciśnięte w chodniku tzw. Róże Sarajewa.
Bardzo chciałam, aby Sarajewo było mocnym początkiem naszego zagłębienia się w Bałkany. Wiec skierowaliśmy koła naszego kochanego kampera właśnie tam. Ale tutaj zatrzymam się na chwilę. Sarajewo powróci jeszcze w tej opowieści w jej dalszej części. Teraz na chwilę przerwę, aby opisać naszą trasę, którą tam dojechaliśmy i to, co udało nam się po drodze przeżyć i zobaczyć, i co także warte jest utrwalenia.
Pomijając mały postój po drodze we Wrocławiu oraz ogarnięcie tam dwóch spraw, skierowaliśmy się na czeskie Morawy. Przez Morawy przejeżdżaliśmy już wielokrotnie i często zatrzymywaliśmy się tam na krótki i fajny postój w trasie, nocleg, zwiedzanie, ładna miejscowość, winnice, wszak obszar wspaniałym i winami także stoi.
Tym razem była to miejscowość Telcz. Bardzo mała, a jej atrakcyjność właściwie ogranicza się do spektakularnego rynku, z rzędami niskich kolorowych kamieniczek, które tworzą pierzeję tak długą, że naprawdę zdaje się nie mieć końca. Zaparkowaliśmy na takim dosłownie mini parkingu, prywatnym, nad stawem utworzonym przez rzekę Telcsky potok, małe dwa kroki od centrum miasta nieoczywistą ścieżką pomiędzy starą i mniej starą zabudową. Upał był duży, powietrze pomimo godzin popołudniowych suche i gorące. Właśnie tego nam bardzo brakowało, po tym jak nasze polskie trójmiejskie lato było zupełnie do niczego. Była totalna końcówka sierpnia i tak zwanych polskich wakacji, ale dla nas przygoda z latem właśnie miała się rozpocząć.











Telcz da się zwiedzić w 20 minut, a jak się bardzo chce, to trochę dłużej. Jarek polatał dronem, ja robiłam zdjęcia bliżej ziemi. Potem usiedliśmy na mały refresh, na kieliszek morawskiego wina, sery, winogrona i inne zakąski. Opieraliśmy się o ścianę, obserwowaliśmy lekko senne życie Telcza i pojedynczych turystów z aparatami fotograficznymi, pogadaliśmy trochę i było nam świetnie!


Następnego dnia rano odwiedziłam powtórnie kilka ładnych miejsc, aby je jeszcze obfotografować przy innym świetle, odpaliliśmy kampera i pojechaliśmy dalej.


W tym momencie zatrzymuję opowieść zapraszam do kolejnego odcinka, bo będzie to już zupełnie inny temat i miejsce.