Licznik kilometrów od wielu godzin kręcił się jak szalony, a jest tak jest zawsze, kiedy po fajnym wyjeździe pozostaje jedynie powrót do domu. Za nami zostały albańskie przełęcze, nieporównywalny z niczym smak bośniackiej kawy i złote godziny na płaskowyżu Durmitor w Czarnogórze. Nasz dom na kółkach, lekko osnuty kurzem z południowych dróg, toczył się w swoim tempie na północ. A razem z nim toczyły się nasze emocje i wspomnienia. Ten specyficzny rodzaj podróżniczego spełnienia, który tak uwielbiam. Wtedy właśnie na naszej trasie pojawiło się zakole Dunaju i nazwa, którą trudno było nam na początku poprawnie wymówić.

Gdy tylko zaparkowaliśmy kampera na skraju miasteczka i ruszyliśmy pieszo w stronę centrum, zmęczenie zniknęło. Szentendre przywitało nas eksplozją kolorów. Wąskie, brukowane uliczki, pnące się w górę i meandrujące między kolorowymi kamieniczkami bardziej przypominały śródziemnomorskie miasteczka niż serce Węgier. Nic dziwnego – wieki temu schronienie znaleźli tu uciekający przed Turkami Serbowie, którzy przynieśli ze sobą architekturę, prawosławne cerkwie i niesamowity, południowy luz.










Znowu daliśmy się ponieść nastrojowi. Nad głowami wisiały rzędy kolorowych parasolek, z małych galerii sztuki biło przyjemne fascynujące zaproszenie do wejścia, a w powietrzu unosił się zapach lodów i marcepanu. Zrozumieliśmy, że powrót z Bałkanów właśnie przestał być rutynową jazdą do domu, a stał się kolejną fajną przygodą.


Paleta barw Szentendre to żywy, malarskie płótni, w którym węgierska nastrojowość miesza się z południową, bałkańską ekspresją. Gdy wysiadasz z kampera i wkraczasz między te nasycone słońcem mury, zdajesz sobie sprawę, że kolor nie jest tu jedynie dekoracją – to język, którym miasto opowiada swoją historię.
Elewacje barokowych kamienic pokrywają głębokie, dojrzałe odcienie ciepłych barw ochry, śliwki i turskusu. Ta malowniczość płynnie rezonuje z autentycznym, węgierskim klimatem, który w Szentendre zyskuje zupełnie nową, artystyczną jakość.









Miasto tętni kolorami, życiem i bohemą, która zakochała się w tym miejscu na początku XX wieku. Węgierska kultura objawia się tu w rzemiośle: w wiszących na białych ścianach koronkach, misternie malowanej ceramice oraz w setkach jaskrawych, kolorowych parasolek zawieszonych nad wąskimi pasażami, które filtrują światło i rzucają na bruk tęczowe refleksy. To miasto udowadnia, że Węgry to nie tylko monumentalny Budapeszt, ale też intymny, zmysłowy raj, który idealnie zamyka bałkańską odyseję.


