
****************************
Echo od kul. Ciągle słyszysz je w głowie idąc dziś ulicami Sarajewa. Czemu, pomimo upływu tylu lat, ta trudna historia jest ciągle obecna?
...
Pisałam w pierwszym odcinku tej podróży o oblężeniu Sarajewa, które trwało przez 4 lata od 05.04.1992r. do 29.02.1996r., z czego w swoim najmroczniejszym okresie wojen byłej Jugosławii zamieniło się w totalną blokadę i ostrzał miasta. Nie można było wychodzić na ulice, ryzyko śmierci było zbyt duże. Sarajewo położone jest w głębokiej dolinie, otoczonej wysokimi wzniesieniami, na szczycie których znajdują się dzielnice serbskie. Z tych wzgórz leciały na Bośniaków moździerze, na zboczach znajdowali się snajperzy, położone w dole domy i ulice były dosłownie miażdżone, a ludzie dziesiątkowani. W tym czasie na skutek ostrzału wielu ludzi straciło życie, w tym wojna ta zabiła mnóstwo dzieci. 12 lipca wydarzyła się znamienna, największa, najbardziej brutalna masakra na rynku Markale – zginęło wówczas 68 cywilów, a ponad 190 osób odniosło obrażenia. Jedną z osób, których historię znamy, był człowiek, który po wielu miesiącach izolacji i braku pożywienia, spakował pamiątki rodzinne z XIX wieku, ostatnie jakie miał i które mogły przedstawiać jakąkolwiek wartość i wyruszył na targ, aby je tego dnia spróbować sprzedać i nabyć za to może pół bochenka chleba. Był jednym z tych, których dopadła ta masakra, po której pozostała dzisiaj pamięć i odciśnięte w chodniku tzw. Róże Sarajewa.
...
Zaparkowaliśmy kampera na przepięknie i bardzo wysoko położonym mini kempingu, bardzo kameralnym, takim na klika pojazdów. Prowadziła go przeurocza serbska gospodyni, uczynna, miła, fantastyczna. Ulokowała nas w takim miejscu, że przez panoramiczną szybą naszego kampera mieliśmy obezwładniający przepastny widok na centrum Sarajewa. Był tam też drewniany wiszący taras, zachęcający do spędzenia ciepłego wieczoru „z widokiem” i z własnymi myślami.
Ale zanim nastał wieczór udaliśmy się na długi spacer piechotą do centrum. Przez 15 minut schodziliśmy stromą drogą w dół, mijaliśmy cmentarze pełne niedawnych bośniackich grobów, z charakterystycznymi białymi słupami marmurowymi, kikutami przypominającymi wypalone drzewa, w ilości ogromnej. Były przed nami, ale także były na horyzoncie, na przeciwległych wzgórzach, błyszczały w słońcu tak, jak tylko potrafią błyszczeć wypolerowane kamienie.
Być może nikt z mieszkańców nie zwraca już a to uwagi. Nie wiem.
Nas to poruszało.
Potem w centrum było jeszcze trudniej, kiedy widzieliśmy ostrzelane prawie wszystkie domy.
Weszliśmy w tłum historycznych ulic.

Było ciepło, gwarno i wzruszająco. Trochę orientu w Europie, przyniesionego wraz z historią Państwa Osmańskiego. Skóry, przyprawy, rękodzieło, trochę odzieży z Turcji. Dochodziło miarowe stukanie, mijaliśmy małe warsztaty. To tam wykuwano na bieżąco wszystkie te precjoza.

Wazony z byłych moździerzy. Biżuteria z łusek. Filiżanki do kawy z miedzi.

Przekuwanie bolesnej historii na praktyczne rzeczy codziennego użytku. Może to sposób na ogranie historii, na jej bolesny ale spokojny finał.


Wdaliśmy się w rozmowę ze sprzedawcą pamiątek i artystą od wazonów i biżuterii. Rozmowa była ciepła i taka bardzo bezpośrednia. Trochę pytaliśmy o wojnę, kiedy wyczuliśmy, że można. Trochę porozmawialiśmy. Sprzedawca pokazał nam, które wazony z łusek po moździerzach wykuł i przyozdobił kuciem sam. Wszystkie. Żona spytała, czy jesteśmy z Polski. Powiedziała, że bardzo lubi Polaków, bo mamy takie dobre oczy… Było tyle naturalności w tych na wprost wypowiedzianych spontanicznie słowach.

Zjedliśmy wspaniały obiad. Kelner miał napis na plecach, który po przetłumaczeniu brzmiał… „wszyscy jesteśmy Bośniakami”.

A potem przysiedliśmy na kolejną pyszną bośniacką kawę...


Wracając do kampera Mostem Łacińskim przeszliśmy jeszcze obok jednego szczególnego miejsca. To tu właśnie rozpoczęła się Pierwsza Wojna Światowa - zamachem na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda jego żonę Zofię.


Potem długo siedzieliśmy w milczeniu na naszym zawieszonym na wzgórzu kempingu i patrzeliśmy w dół, na światła miasta.


To był przepiękny dzień i wieczór.
I przy okazji, bardzo gorący.