Przejdź do treści
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Kierunek Bałkany! Lato 2025. Odcinek 7 – Theth, Albania

Podróże Anny 7.05.2026

Przed nami zaczynała się jedna z najbardziej ekscytujących podróży kamperowych.

Zaczęła się niewinnie. Rozmową odbytą kilka dni wcześniej na szczycie płaskowyżu parku narodowego Durmitor w Czarnogórze. Albo prawdę mówiąc, jeszcze wcześniej. Zdjęciem, które mignęło mi przed oczami wiele miesięcy temu, jak podróż na Bałkany dopiero zaczynała jawić się w planach. Theth. Przepiękne miejsce… Ale czy w ogóle da się tam dojechać kamperem…? Jak dotąd większość danych jednoznacznie wskazywała, że było to abstrakcją. Ale sytuacja nabrała pewnego zwrotu akcji tam, na wyżynach Durmitoru. Opisałam ten dialog dwa odcinki temu. Przypadkowo poznani Polacy streścili swoją niedawną podróż do Theth na motorach i gwarantowali nam, że droga, tak bardzo niebezpieczna, szutrowa i wąska, została niedawno pokryta asfaltem aż na sam dół doliny.

Jarek podjął wyzwanie, aby pojechać tam kamperem.

No więc po śniadaniu, zapakowaniu kampera, pożegnaniu się z nielicznymi współtowarzyszami kempingu nad Jeziorem Szkoderskim i z całą piękną istotą tego miejsca, ruszyliśmy w kierunku Gór Przeklętych.

Pierwsza godzina drogi była bardzo łatwa, nie licząc niewygody wymijania się z innymi pojazdami na wąskiej drodze ze słabym poboczem. Sytuacja zmieniła się po zaliczeniu punktu wjazdowego na geograficzny teren wysokiej części Gór Przeklętych. Szybka kawa i lody, i koła naszego kampera znowu poniosły nas dalej. Przygoda dopiero rozpoczynała się.

Emocje rosły z każdą chwilą po to, aby uzyskać naprawdę ekstremalny poziom w przełomowych momentach. Tylko ten, który przejechał kiedykolwiek tą trasą, wie, o czym piszę. Ekspozycja była dość radykalna, a proporcje pudła kampera do parametrów drogi, niby krajowej, zatrważające.

Jak ktoś potrzebuje w życiu dużej dawki adrenaliny, to zamiast ewentualnych skoków na bungee polecam przejechanie się tą trasą w sezonie.

Na krawędzi przełamania pomiędzy podjazdem a zjazdem do doliny właściwej, do tej najgłębszej chyba górskiej studni Europy, przystanęliśmy na małym parkingu. Jarek zaczął go nawet oceniać pod kątem wpasowania się z ewentualnym noclegiem. Ale… taka jest Albania… po przejściu paru kroków ujrzał spontaniczne wysypisko śmieci i starych tapczanów. Pojechaliśmy dalej.

Serpentyna stawała się coraz gęstsza, zakręty coraz ciaśniejsze. Ale po pokonaniu kilkudziesięciu z nich zobojętnienie na takie zjawiska także brało górę. Spokojnie jechaliśmy pomimo skomplikowanego wijącego się układu wąskiej wstążki asfaltu. Między drzewami migały kadry przepięknych dostojnych białych gór, tak mocno oświeconych słońcem, że wyglądały jak nieskazitelne jasnobeżowe piramidy wstawione w krajobraz, o gigantycznej wysokości, pionowych ścianach i ciasnym korowodem obejmujące głęboką dolinkę.

Tan widok wynagradza wszystkie poprzednie wątpliwości.

Na na ostatnich 300 metrach asfalt się kończy i ulega zastąpieniu przez szuter. Porzuciliśmy kampera na pierwszym dogodnym, bezpiecznym parkingu i odeszliśmy zatapiać się w pięknie tego miejsca.

Drogą chadzały luźno psy, konie i czasem ludzie.

Temperatura w górskiej rzece miała skrajnie niskie temperatury. Akurat to w górach nigdy nie zaskakuje i jest oczywiste, ale tym razem kąpiel bardziej przypominała zanurzenie się w igłach lodu.

Celem pieszej wędrówki był magicznie położony bardzo mały kościół. Jest on symbolem tego miejsca, całego Theth i albańskich Gór Przeklętych. Kadrem, który zostaje w pamięci na zawsze.

Dolina jest stosunkowo niewielka, choć rozpoczyna się z niej wiele ciekawych tras. My jednak tego dnia nie mieliśmy zacięcia trekkingowego. Po fajnej dawce wypoczynku, odwiedzinach w lokalnej restauracji, przejściu kilku kilometrów malowniczymi zakątkami doliny, powróciliśmy do naszego ukochanego kampera, kawałka mobilnej prywatności, który z taką śmiałością rwie nas po niesamowitych drogach i bezdrożach pięknego świata.


back to top