
Boka Kotorska
************************************
Po przejechaniu wielu kilometrów górskimi serpentynami, po odwiedzeniu Theth w Albanii, wcześniej Durmitoru w Czarnogórze, a jeszcze wcześniej cudownych górskich wąwozów w Bośni, nabraliśmy ogromnej ochoty na zjechanie nad morze.
Koła naszego kampera potoczyły się na słoneczne plaże wzdłuż miejscowości Velipoje.

Dotarliśmy tam w godzinach wieczornych, było już po zachodzie słońca, ale nadal gorący piach emitował rozgrzane elektrony. A poza tym było tam bardzo brudno. Niestety bród i nieład w Albanii potrafi szybko odebrać urok każdemu przepięknemu geograficznie miejscu. Pełno śmieci, rozgardiasz, hałas.


Rano przenieśliśmy się bliżej centrum miejscowości, wypiliśmy kawę w bardzo uroczym barze plażowym, popływaliśmy w morzu, które w tym miejscu nie posiadało charakterystycznej śródziemnomorskiej przejrzystości.



Potem przemieściliśmy się do miejscowości Szkodra. Tam też było gorąco, głośno i gęsto. Przeszliśmy centralny deptak, unurzany w kulturalno – kawiarnianych wibracjach, w sumie miejsce bardzo pozytywne i ciekawe. Usiedliśmy w jednej z kafejek.





A potem pognaliśmy dalej.
Od tego miejsca rozpoczynała się już nasza powrotna trasa, aczkolwiek pełna dalszych wspaniałych przygód i doznań.
Wjechaliśmy do Czarnogóry. Przemieszczaliśmy się wzdłuż wybrzeża, od miejscowości do miejscowości, szukając miłych sercu i duszy kątów. Po drodze gościliśmy w winnicy i tłoczni oliwy eksta virgin. Wdychaliśmy zapach gajów oliwnych, makii i ciepłego śródziemnomorskiego wiatru. Na wieczór i noc zatrzymaliśmy się w miejscowości Budva.

Na starym mieście unosił się nastrój artystyczno – rybackiej bohemy, tak charakterystycznej dla ładnych małych śródziemnomorskich miejscowości, zwłaszcza tych rozsypanych po wyspach. Kamiennie chodniki nie zdążyły jeszcze odpocząć po rozżarzonym lecie, piekły w stopy nawet przez podeszwy butów. Opierając plecy o nagrzane ściany kamienic sączyliśmy zimne wino i wraz z sennymi kotami przyglądaliśmy się nocnemu życiu.
Długa przywodna aleja pełna straganów łączyła stare miasto z parkingiem plażowym, na którym spędzaliśmy noc.






Gorące rytmy pobliskiej dyskoteki powodowały, że sen najpierw odpływał, a później dostroił się do rytmu wibracji, aby przejść w fazę ni to snu ni czuwania.
Wczesnym rankiem rozpoczęliśmy dalszy etap podróży.
Piękna Zatoka Kotorska gościła nas przez kolejne dwa dni. Tam naprawdę góry wpadają prosto do morza.


Wszystko jest spektakularne. Ale najbardziej te góry.





Zaczęliśmy od postoju w samym Kotorze. To miejsce i cała zatoka Kotorska łączy miłośników gór i morza w jedno, stąd może sam tam takie podwójne tłumy. Choć właściwie natężenie turystów pulsuje cumującymi w marinie statkami wycieczkowymi. Fale kolejnych szczęśliwców wtaczają się do starego miasta bądź z powrotem się z niego wyswobodzają przez kamienne bramy miejskie. My, obdarowani możliwością podróżowania kamperem, mogliśmy przyglądać się temu ze spokojem.
Więc przyglądaliśmy się z poziomu wody, leniwie zliczając kwadranse spędzone na supie, a także ze starych kamiennych schodów prowadzących do średniowiecznej twierdzy.



Mieliśmy cudowne szczęście spotkać się tam z rodziną, bliską kuzynką Jarka i jej mężem.




To już nasze trzecie bliskorodzinne spontaniczne zagraniczne spotkanie w tym roku, które dane nam było przeżyć podczas podróży.
Nad miastem Kotor pręży się kamienna twierdza św. Jana. Choć dotarcie do niej wymaga nieco wysiłku, zwłaszcza w upale, to widoki zarówno ze szczytu jak i z trasy są tego warte. Dojście oznacza pokonanie 1500 historycznych stopni oraz 200 m dystansu w górę. Twierdza na samotnym wzgórzu połączona jest murami ze starym miastem w dole, tworząc spektakularny oplatający łamaniec. Łączna długość murów to 4,5 km. Potężne i mocne, przetrwały oblężenie przez Imperium Osmańskie w 1538 i w 1657 roku.




Historia miasta Kotor i organizacji społecznej jest dużo starsza, bo wiemy, że w 1391 było już samodzielną republiką.
Uwielbiam ten wysiłek, który wiąże się z pokonaniem każdego kolejnego stopnia, kiedy na liczniku ma się już ich kilkaset, a temperatura powietrza nie zamierza drgnąć jeszcze przez kolejne długie godziny.
Zarówno same schody jak i cała twierdza była doskonale widoczna z naszego małego kamperowego parkingu nad wodami Zatoki Kotorskiej.

Siedzieliśmy na krzesełkach i obserwowaliśmy widowiskową pełnię krwawego super księżyca połączoną z jego całkowitym zaćmieniem. 7 września 2025r.
Współdzieląc doświadczenie z innymi kamperowcami z sąsiadujących pojazdów. Każdy w swojej wyczekującej ciszy 😊



Następnego dnia przejechaliśmy się wokół całego wybrzeża Boki Kotorskiej, odwiedzając przepięknie położone miejscowości. Największe wrażenie wywołał na nas Perast. Aby do niego dojść, musieliśmy zaparkować kampera wzdłuż drogi, w sznurze innych pojazdów i przejść dość duży dystans, ponieważ sama miejscowość Perast jest wyłączona z ruchu kołowego, a chętnych do zobaczenia jej sporo.


Perast jest na tyle mały, że da się go przejść w 15 minut. Nie posiadając psa. Z psem, który jest zainteresowany obwąchaniem każdej wypukłości na trasie i wykąpaniem się w morzu od czasu do czasu – dwie godziny.

Czasem zwykła sałatka z pomidorów z cebulą powoduje, że wydaje nam się, że jesteśmy w raju. I to był właśnie ten moment.


Z tych położonych nad samą wodą knajpek jest widok na jeszcze jedno szczególnie popularne turystycznie miejsce – dwie sztuczne wysepki, jedna z małym kościółkiem. Oblegane, z tłumem łodzi transportujących turystów wymęczonych upałem i ciasnotą wzajemną. W naszym imieniu poleciał tam nasz dron.



Nie trzeba wiele. Sałatka pomidorowa wystarczy.
Chciałabym wrócić w to miejsce i jeszcze raz przejść się nadmorskim deptakiem w Perast.


Podążając dalej kamperem, stamtąd przedostaliśmy się na południe Chorwacji i wjechaliśmy do Dubrownika.
Dubrownik doskonale pamiętam z naszych wczesnych rejsów żeglarskich po Morzu Śródziemnym wówczas mnie zachwycił. Teraz zmęczył. O tym w następnym odcinku.