Było już zupełnie ciemno, kiedy dojechaliśmy na parking przed wejściem głównym do kanionu Bryce. Wszystko było zasnute mrokiem nocy. W recepcji pola kempingowego nie zastaliśmy nikogo. Trwała cisza nocna, nikt nie snuł się po okolicy, nie było kogo zagadnąć. Ale to Ameryka! Życie jest zorganizowane w trybie „easy” zarówno w dzień jak i w nocy. Po parunastu sekundach gapienia się w zamknięte drzwi recepcji dostrzegliśmy mapkę z zaznaczonymi kolorem pomarańczowym kilkoma miejscami oraz z przyklejoną żółtą karteczką informacyjną: Pay In the Morning. RV 200, 221, 223. And Tent Sites *. Do not take this map.
Byliśmy uratowani. Informacja oznaczała, że jako pojazd RV (recreation vehicle, czyli kamper) mogliśmy stanąć na dowolnym z trzech wskazanych miejsc dostępnych miejsc na mapie i po prostu rozliczyć się rano.
Załączam zdjęcie owej mapy i całego tego wynalazku informacyjnego. Skala wielkości pola kamperowego robi wrażenie na mnie do dziś. Mnogość stanowisk oraz sieć dróg wewnętrznych przypomina wielkością dzielnicę podmiejską.

Na placu kempingowym panował całkowity nocny spokój. Ciemności pokonywały jedynie wielkie gwiazdy zawieszone były nad samą głową. Droga mleczna była bardzo dobrze widoczna.
Rankiem szybki serwis i w drogę do kanionu! Tego dnia zwiedzaliśmy kanion Bryce.
Zdjęcia wykonane przed opuszczenie kempingu obrazują niezwykłą przestrzeń tego miejsca i to, jak odległe od siebie wzajemnie są stanowiska na poszczególne pojazdy.


Kolejny kanion i kolejna świetna organizacja ruchu na jego terenie. Shuttle bus’y dla turystów, kursujące wzdłuż górnej grani całego kanionu, z przystankami w około 5 charakterystycznych miejscach widokowych.

Wycieczkę pieszą można zacząć w dowolnym punkcie i w równie dowolnym zakończyć. Wystarczy wskoczyć do przejeżdżającego cyklicznie pomiędzy punktami pojazdu. Genialny wynalazek i logistyka.



Ogłoszenia wewnątrz autobusu ostrzegają przed zagrożeniem skrajnym upałem.
Uczą, że na każdą godzinę wędrówki każda osoba powinna zabezpieczyć sobie litr wody.
Kierowca wiezie nas do najdalszego przystanku. Tak wybraliśmy. Melduje, że widoki będą obezwładniające oraz że przejście do kolejnego punktu nie posada żadnych zabezpieczeń i trzeba zachować czujność, aby nie runąć wgłąb kanionu. Potem to co mówił, okazało się prawdą.
Widok był taki, że poleciały mi łzy ze wzruszenia. Nie mogłam opanować emocji.
Każdy kierowca shuttle bus’a jest jednocześnie przewodnikiem po parku. Wyrzuca z siebie potok informacji. Przeplata anegdotami. Czyli taki trochę folklor jak wszędzie w podobnych miejscach popularnych turystycznie.
Przeszliśmy praktycznie całą górną krawędź kanionu piechotą.
Ten krajobraz, to jest potęga.
Nie umiem tego przyrównać do niczego, co widziałam do tej pory.
Zdjęcia nie oddają tego nawet w 10 procentach. Niestety.






















Było zbyt gorąco, żeby odważyć się zejść w dół kanionu. Może wczesnym świtem byłaby na to szansa. Ale teraz dochodziła 12.00 w południe. Nie było cienia, który dawałby ochłodę ani najmniejszego podmuchu wiatru. Mieliśmy przekonanie, że za chwilę się roztopimy i przestaniemy istnieć.
Kontynuowaliśmy naszą wędrówkę do ostatniego punktu granią kanionu.
Z wielkim żalem opuszczałam ten zjawiskowy park narodowy. Był przepiękny. Ale czekały na nas następne przygody.
Po drodze zrobiliśmy krótki przystanek w Red Canyon. Był dość blisko kanionu Bryce.

Potem, przemieszczając się dalszymi drogami naszym kamperem, obserwowaliśmy jeszcze mnóstwo fantastycznych formacji skalnych.





Pół godziny przed 18.00 dojechaliśmy do stacji paliw na progu terenu zamieszkiwanego przez Indian z plemienia Navajo (Nawaho). Słońce zaczynało już zbliżać się do widnokręgu i tym samym jego blask z ostrego stawał się łagodniejszy i złoty.
Było to 4 lipca, w najważniejszy dzień Stanów Zjednoczonych.
Około godziny 18.00 przecięliśmy rzekę Kolorado. Na tej wysokości jej ostro powierzchniowy kanion nie przybrał jeszcze tak drastycznie zjawiskowej formy, jak w położonym kilkadziesiąt kilometrów dalej Wielkim Kanionie.

Ale było to i tak piękne widowisko czerwonej skały, ciemnej wody, słońca, kanionu i jego niedostępności.
Pół godziny później rozkładaliśmy już nasze obozowisko kamperowe w pobliskim Page. Piękne skały wyrastały z ziemi tuż obok naszego samochodu. Byliśmy przez cały czas zanurzeni w pięknym krajobrazie.

Przygotowywaliśmy się do wyprawy następnego dnia do zjawiskowego kanionu Antylopy. O tym przeczytacie w kolejnym odcinku.