
Na wizytę w tym kanionie czekałam pół dorosłego życia.
Zachwyt na miejscu przekroczył moje oczekiwania.
Odwiedzając miejsca uznane oficjalnie za obłędne najlepiej się w ogóle nie nastawiać na przeżycie niewiarygodnego zjawiska, żeby się potem zwyczajnie nie rozczarować. No więc nie nastawiałam się. To znaczy aż tak się nie nastawiałam. Umiarkowanie. W miarę swoich emocjonalnych możliwości duszenia wewnętrznej sensacji.
Kanion ten słynie z niezwykłych zjawisk świetlnych, które wnoszą do jego wnętrza spektakularne efekty i przyciągają fotografów z całego świata polujących na moment, w który można to uchwycić. Aby się to udało, należy posiadać bilet gwarantujący wejście o najlepszym czasie. Bilety wejściowe do kanionu w najlepszych porach dnia wyprzedawane są z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. My także takie właśnie bilety nabyliśmy. Kupiliśmy je siedem miesięcy przed wizytą w kanionie. I fakt jest taki, że w czasie, kiedy dokonywaliśmy swojej rezerwacji pozostały już tylko pojedyncze miejsca. Odnaleźliśmy dzień, w którym dostępne były bilety dla całej naszej 7 osobowej ekipy dokładnie o tej porze, której pożądaliśmy, czyli o godz.11.40. Bilety te były datowane na 5 lipca 2023r. I potem pod tą datę, w pewnym reżimie czasowym, dopasowaliśmy całą trasę naszej amerykańskiej wycieczki. To obrazuje, jak istotnym było, aby znaleźć się tam w momencie nie przypadkowym, a gwarantującym największe szanse na piękny fotograficzny spektakl.
Sen o Kanionie Antylopy spełnił się. I oto 5 lipca 2023r o godz. 11.40 staliśmy przed wejściem do kanionu X wraz z naszym przewodnikiem Indianinem. Słońce piekło, było prawie południe, żadnego podmuchu wiatru, bo to lato było wyjątkowo gorące i piekące. Indianin sprowadził naszą małą kilkunastoosobową grupę do wnętrza. To, co wtedy zobaczyłam rzuciło mnie na kolana. I nabrałam wówczas przekonania, że to najpiękniejsza przyrodniczo rzecz, jakiej doświadczyłam w życiu.
Spektakl rozpoczynał się. W kolejnych kameralnych komnatach kanionu ostre promienie słońca wpadały wąskimi szczelinami i rozświetlały rzeczywistość prawie do samej ziemi. Kilkunastometrowe kolumny światła, o krawędziach zdefiniowanych jak brzytwy robiły ogromne wrażenie. Panowała świątynna cisza i skupienie. Jedynym dźwiękiem, jakie można było usłyszeć były migawki aparatów i bicie serca.











Z pełną świadomością wybrałam Kanion Antylopy X. Jest turystycznie mniej popularny (jak na razie) niż bliźniacze dwa inne - Górny i Dolny Kanion Antylopy, gdzie masowo zawożeni są turyści wycieczek zorganizowanych. Myślę, że wszystkie 3 kaniony, (a właściwe 3 grupy przejść korytarzowych w tym samym, rozległym ustroju geomorficznym) są super, ale to właśnie Kanion X jest najlepszy do fotografowania spektakularnych zjawisk w tych niezwykle pięknych okolicznościach przyrody.
























Kanion Antylopy X, czyli Antelope Canyon X znajduje się pod pełną opieką Indian z plemienia Navajo, którzy bardzo dbają o swoje najwyższe dobro przyrodnicze. Odwiedzający muszą poddać się ścisłym rygorom. Do kanionu nie można ze sobą zabierać żadnych plecaków, toreb, statywu do aparatu. W ten sposób zabezpieczają kruche ściany skalne od nieodwracalnych zniszczeń.
Współcześni Indianie zostali niestety sprowadzeni do groteski. Zepchnięci na najmniej urodzajne gleby Ameryki. Spieczone słońcem, pozbawione złóż i przemysłu. Zionące smutną pustką. Nieliczne osady tworzy tania i substandardowa jak na Amerykę zabudowa. Kanion Antylopy jest jednym z niewielu miejsc, gdzie naprawdę mogą zarabiać na swojej ziemi. I robią to w bardzo dobry, zorganizowany na wysokim poziomie sposób. Od internetowej rezerwacji i sprzedaży biletów, poprzez punktualny check-in na miejscu w punkcie zbiórki, dowiezienie klimatyzowanymi busami, świetną opieką przewodników, którzy angażują się nawet w to, aby pomóc osiągnąć odwiedzającym najlepsze ustawienia w ich smatrfonach, aby zdjęcia wychodziły wszystkim zachwycające. Po dwóch godzinach przygody, czułam że się zaprzyjaźniam zarówno z Indianką, która wiozła nas busem do kanionu, jak i z dżentelmenem, który nas po nim oprowadzał. Na koniec udzielili nam precyzyjnych wskazówek, gdzie po drodze można znaleźć dobrą indiańską restaurację. Fantastyczny i wart wspomnienia był jednakże sposób, w jaki opisywali drogę. Obrazowo objaśniali formacje skalne, które będziemy mijać i przy których mamy skręcić oraz ile dokładnie mostów musimy pokonać po drodze. Mogłam wyciągnąć notes i z ich obrazowej opowieści tworzyć na bieżąco mapę.

Kilka godzin później siedzieliśmy w indiańskim przydrożnym zajeździe, gdzieś w kanionie Marble. Postawiono przed nami na stole kilka półmisków wypełnionych grillowanym mięsem wołowym, którego zapach i smak były zaproszeniem do orgii kulinarnej. Pochłanialiśmy kawały mięsa, jeden za drugim, wymienialiśmy się różnymi elementami, polędwicami, żebrami, wszystko było niezwykle pyszne, doskonale upieczone, kruche. W ostatnich latach bardzo ograniczyłam spożycie mięsa, wieprzowiny z powodów etycznych nie jem wcale, ale tego dnia własne nastawy się rozregulowały. To mięso chyba pochodziło od szczęśliwych krów, naturalnie wypasanych albo ukryte były w nim inne indiańskie tajemnice. Prostota lokalu w którym byliśmy zupełnie nie licowała z artyzmem smaku, ale może właśnie na tym polega indiańska spójność, że to co proste, oczywiste, sprawdzone przez setki lat i naturalne jest jednocześnie najlepsze i nie wymaga fajerwerków.
Po doskonałej kolacji wtuliliśmy nasze kampery w niewielkie wyniesienie w zakolu rzeki Kolorado i otoczeniu potężnych skalistych zboczy gapiliśmy się w gwiazdy. Nasze krzesełka stały w półkolu, snuliśmy emocjonalne opowieści, czuliśmy się silną grupą przyjaciół. Był to plac kempingowy z zasobów państwowych, samoobsługowy, wygodny i trochę dziki. Mała pochyłość terenu prowadziła wprost do rzeki Kolorado, która nocą szemrała jednostajnie, ale ocierając się o skały, które zwielokrotniały odbicia dźwięku, prowadziła swój górski żywot dość hałaśliwie. Wystarczyło jednak wrócić na polankę, na której zasiedliśmy, aby łoskot zamieniał się w kojące szemranie.
Próbowałam na chwilę zatrzymać się myślami w miejscu, w którym jestem i spowolnić bieg życia. Trochę pomagało w tym poczucie irracjonalności zjawiska, faktu, że przebywam na innym końcu świata, w miejscu odosobnionym w którym pewnie tylko raz jeden będzie mi dane być, z niebem nafaszerowanym podwójną ilością gwiazd, kiedy nie przeszkadzają żadne światła oddalonej o sto kilometrów cywilizacji.
Rozmowy dogasały w godzinach, którym bliżej było do świtu niż do wieczora.
Kolejny dzień rozpoczęliśmy od kąpieli w Kolorado. Woda była lodowata. Można by nawet napisać, że piekielnie lodowata, gdyby w tym duecie słów nie kryła się sprzeczność.








Pojechaliśmy na indiańskie śniadanie do „trading post”. Czyli historycznego miejsca handlu, w którym Indianie wymieniali kiedyś swoje produkty ze światem. Kilka lub kilkanaście takich można jeszcze znaleźć wzdłuż dróg Arizony. Towarzyszy im też przeważnie gastronomia. A jako że cała bogata kultura Indian została dziś sprowadzona do groteski, są tam także sklepiki z pamiątkami.


Zaczynał się nowy, pełen dobrych przygód dzień.