Zostawiliśmy za sobą Wielki Kanion Kolorado. Większa część naszego wielkiego amerykańskiego planu zastała już zrealizowana. Przed nami było jednak ciągle dużo fajnych przygód i planów.
Po pełnych stonowanego waloru kanionach, gdzie dominowały kolory ziemi, czerwieni, rudości i brązów wjechaliśmy w obszar niepoddany żadnym rygorom kolorystycznym, wolny, pełen ekspresji, fantazji i amerykańskiej interpretacji tego, co warto zachować dla następnych pokoleń. Historyczna trasa 666, rudery, kolorowe wraki, barwne bezdroża. Hacjendy z muskularnymi sprzedawcami burgerów, coca coli i piwa, ni to domy ni sklepy z gablotami i ścianami pełnymi drobnych gadżetów świadczących jednak o wielkim przywiązaniu do tradycji ich rezydentów, i inna wolna awangarda społeczna.
Nie mogliśmy jednak zrozumieć, czemu większość rzeczy na sprzedaż pochodziło z Chin.
Zapytani o to sprzedawcy odpowiadali zręcznie – kwestia ceny.
























Po nocy spędzonej na kempingu w małym miasteczku dzikiego zachodu przejechaliśmy do Doliny Śmierci, czyli Death Valley. Było tam ekstremalnie gorąco. I wszystkie moje dotychczasowe doświadczenia upału miały się nijak do tego, co czułam tam, na dnie największej ziemskiej depresji, w miejscu bez życia, bez wody, skrystalizowanego od soli, od suchości, z nagrzanymi od milionów lat piekącymi skałami gór otaczających to miejsce ciasnym zamkniętym szczelnym pierścieniem. Piekło, z którego nie ma ucieczki.



















Badwater Basin. Tak nazywa się to miejsce. Depresja 85.5 metrów poniżej poziomu morza. W nielicznych miejscach, które posiadają oznaczenia dla turystów, są tylko i wyłącznie ostrzeżenia. Spacer po godzinie 10.00 rano jest nie zalecany. Kilka minut ekspozycji grozi udarem i śmiercią.






To było ekstremalne doświadczenie.
A teraz kierunek ocean!