
Ciężko oczekiwać, aby po odwiedzeniu Kaniony Antylopy, a wcześniej Kanionu Bryce, coś wywołało jeszcze bardziej spotęgowany zachwyt. Bo jest jakiś kres tego, co może przeżywać człowiek poddawany w krótkich odstępach czasu podobnej emocji. No więc takie wrażenie maiłam właśnie, kiedy odwiedziliśmy Wielki Kanion Kolorado.
Jest to obezwładniający w swojej wielkości bezkres zjawiska geograficznego. Rozdarta po horyzont potężna dziura w ziemi. A właściwie rów. Wyryty przez przepływającą przez miliony lat rzekę Kolorado.

Oceniając to miejsce tylko pod kątem efektu skali, to nic tego nie przebije.
Nie mniej jednak nad krawędzią Wielkiego Kanionu nie stanęłam i nie zapłakałam ze wzruszenia tak, jak to było w Kanionie Bryce lub wewnątrz Kanionu Antylopy.
Monstrualne widowisko przestrzenne, które żeby zrozumieć, trzeb przejechać kilkanaście kilometrów od punktu do punktu, wysiadać, podchodzić do krawędzi, robić zdjęcia, wsiadać i jechać dalej. Sceneria zmienia się przy każdym załomie rzeki. Potęga gór jest jednak wszędzie jednakowa.

Przyjechaliśmy nad Kanion Kolorado w godzinach popołudniowych. Przejechaliśmy wzdłuż krawędzi południowej i odwiedziliśmy kilka punktów widokowych przy promieniach słońca schodzących już nisko nad horyzont.















Potem poszukaliśmy miejsca na nocleg.
Olbrzymi obszar kamperowy, położony w lesie, a na nim kilka ostatnich dostępnych miejsc. Ulokowaliśmy się, rozbiliśmy nasze małe przykamperowe obozy, wystawiliśmy składane krzesła. I zaczęliśmy fizycznie odpoczywać. Dopadło nas coś na kształt znużenia. Może był to przesyt silnymi wydarzeniami ostatnich dni.
Kładąc się spać próbowałam wizualizować sobie w jakim miejscu się właśnie znajdujemy. Blisko krawędzi Wielkiego Kanionu. Na jego górnym tarasie. Na kamperowisku. Paredziesiąt metrów od nas znajduje się coś, co uznane jest za jeden z siedmiu cudów świata (ach, ile jest tego typu rankingów!). I, że ciekawe jak by to było wybrać tam się teraz, w nocy. I nie zauważyć, gdzie krawędź się urywa. I spaść niezauważonym przez nikogo.
Leżałam pod kołdrą i wspominałam wszystkich tych, o których kilka godzin wcześniej czytałam, że zakończyli żywot w Kanionie. W tragicznych okolicznościach. Spadając, słabnąc, cierpiąc na odwodnienie czy inną utratę sił. Są tam tablice informujące o tym. I bez skrupułów pokazujące zdjęcia osób, które tam zginęły, wykonane podczas próby ich reanimacji. I to jest przerażające.
Rankiem wsiedliśmy do shuttle busu, który podjeżdżał prawie wprost pod nasze pole kempingowe. I systemem parkowej siatki połączeń komunikacyjnych objechaliśmy, a następnie obeszliśmy najbardziej spektakularne punkty widokowe.






Po jakimś szóstym – siódmym przystanku czulimy już duże znużenie i powtarzalność doświadczenia. Z perspektywy czasu patrzę na to oczywiście inaczej. Zachwycam się zdjęciami, które wykonałam wtedy. I stwierdzam, że Wielki Kanion to potęga geograficzna nie mająca sobie równych. I wspomnienie o nim ciągle jest bardzo silne.
Ale obok tych pięknych obrazów, wspomnień ubarwionych zdjęciami, najważniejsze było dla mnie to, że spędzamy ten czas razem, rodzinnie. To jest bezcenne. W moim mikroświecie było to najfantastyczniejsze.

I na koniec taki bonus. Po drodze zwiedziliśmy jeszcze Horseshoe Bend. Bardzo ładne miejsce.



