Nadszedł długo wyczekiwany początek wakacji. Mikołaj odebrał świadectwo, my westchnęliśmy, że mamy syna znowu o rok starszego i rok mądrzejszego, spakowaliśmy pośpiesznie kampera i pognaliśmy przed siebie, aby znowu poczuć się samemu beztroskim dzieckiem, którego gna do nowej przygody.
Było bardzo, bardzo ciepło, nawet wieczorem, kiedy ustawiliśmy się cierpliwie w kolejce na prom. Tym razem nasza przygoda, po części morska, zaczynała się dość blisko domu, bo przy nabrzeżu promowym w mieście Gdynia. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że stanie się to początkiem dużej fascynacji krajami skandynawskimi i kamperowym ich rozpoznawaniem, do którego powrócimy kolejny raz za niespełna rok.
Załadunek na prom przebiegł płynnie i chwilę później gościnny pokład Stena Line, prawie nowego promu Stena Estelle, powitał nas super kabiną z oknem i poczuciem fascynującego otwarcia na wody Bałtyku. Po krótkiej akomodacji zajęliśmy obłędnie zlokalizowany stolik na dziobie promu, przy panoramicznej szybie, na głównej osi i dzięki temu przez kolejne dwie godziny czuliśmy się jak pełnomocnicy kapitana wyprowadzający prom przez główki portu, następnie przez Zatokę Gdańską, Hel i dalej w kierunku Szwecji.





Rano zjechaliśmy z promu w porcie w Karlskronie, noc przemknęła bardzo szybko.

Szwecja budziła się nieśpiesznie do letniego życia, drogi nie były specjalnie przeładowane, ominęliśmy centrum Karlskrony i rozpoczęliśmy przemieszczanie się zgodnie z planem w kierunku zachodnim, cały czas wzdłuż wybrzeża.

Region Skania jest dość urozmaicony.
Pierwszym naszym postojem była miejscowość Ahus, historyczne miasto portowe otoczone rezerwatami przyrody. Historia Ahus sięga okresu wikingów. W połowie VIII w. istniała tu znacząca osada handlowa. Wzmianka o prawach miejskich pochodzi z 1299 roku. Z początku XIV wieku pochodzą zachowane częściowo do dziś mury miejskie.
Miasto jest piękne tak po prostu – na złapanie pierwszego kontaktu ze Skandynawią, poczucia tamtejszej krystalicznej przejrzystości powietrza, zrozumieniu głębokich zasad respektu do przyrody wypływających wprost z serca wrażliwej pod tym względem narodowości.




Aspet to niewielki rezerwat przyrody położony na południe od centrum miejscowości. W okresie od 15 marca do 30 września jest to teren ochrony ptaków i można się poruszać tylko po wyznaczonym szlaku prowadzącym do wieży obserwacyjnej. Rzeczywiście, ptaków było sporo, wydawały się
w ogóle nie przejmować obecnością ludzi na ścieżce, oddzielonej od ich strefy linką stalową pod napięciem.



Z Ahus przejechaliśmy do starego, zjawiskowego, nieco posępnego Lund. Jego największą atrakcją jest kamienna romańska katedra z 1145 roku.
Ale dla mnie prawdziwe szwedzkie piękno tkwi w prostocie i prowincjonalnych proporcjach domów o ludzkiej skali, z wylewającymi się od progu kwiatami. Im zimniej nad Bałtykiem, tym malwy mają się piękniej, odkryłam ten fenomen już kilka lat temu. Ale po tej podróży po prostu musiałam je zasadzić także pod naszym domem :)



Pisząc o Lund nie można zapomnieć, że jego uniwersytet jest jedną z największych placówek edukacyjnych i badawczych w Szwecji i całej Skandynawii i często uznawany za jeden ze stu najlepszych uniwersytetów na świecie. Ten oświecony, intelektualny charakter miasta czuje się na każdym kroku.


Szybki obiad w centrum, obok kramów targowych, z widokiem na historyczną zabudowę … i już myślami byliśmy gdzie indziej…
Dojechaliśmy do niewielkiej mariny w Hittarp ( z widokiem na Danię, po drugiej stronie Oresund), wypiliśmy kawę, odpoczęliśmy.


Przeszłam się uliczkami, znowu pofotografowałam zabudowę. Po krótkim relaksie przejechaliśmy do celu, jaki obraliśmy tego dnia – półwysep Kullaberg.
To był geograficzny sztos! Stara latarnia morska wbita statecznie w wyczesane od sztormów potężne skały. Rezerwat przyrody u początku cieśniny Kattegat. Piękny zachód słońca, dalekie widoki, cudnie ukształtowany skalisty klif. Piękny spacer przez las.





Kiedy zgasiliśmy silnik kampera w jeszcze innej, kolejnej miejscowości, aby udać się na spoczynek, w historycznym Halmstad nie mogłam uwierzyć, ile rzeczy wydarzyło się jednego dnia! I że to był dokładnie ten sam dzień, który rozpoczął się porankiem, w którym zjeżdżaliśmy z promu w Karlskronie! Próbowałam wbić sobie do głowy i na zawsze poukładać w niej, co po kolei widzieliśmy, kiedy wolnym krokiem późnym wieczorem przeszliśmy się na spacer po centrum Halmstad. Rozpoczynała się malutka mżawka i ona w jedyny słuszny sposób skierowała nasze kroki powrotem do kampera, na nocny odpoczynek.
Kończył się pierwszy dzień na terenie Szwecji i wspaniała były świadomość tego początku, że tyle pełnych dni, bogatych we wrażenia i odkrywanie nowego jest ciągle przed nami. Z tej fascynacji nie mogłam zasnąć.