
*************************
Kolejnego dnia udaliśmy się drogą na północ. Ominęliśmy Goteborg, osiągnęliśmy szkierową część wybrzeża Szwecji. Szkiery towarzyszyć nam będą przez wiele kolejnych dni.

Szkierowe wybrzeże zachodniej Szwecji miało zagościć w moim umyśle na dłużej, zapisując w nim klatka po klatce odczucie totalnie pięknego zjawiskowego krajobrazu, magicznych skandynawskich kolorów w pełni, uroku skromnej architektury przycupniętej pod niebosiężnymi skałami. Nieba w kolorze kryształu, braku pośpiechu, ludzi o przemiłych twarzach, może dawniej rybaków. Spokoju zawieszonego między uliczkami, posępności skał kiedy szczyty zachodzą chmurami, aury powieści kryminalnych, których akcja tam się właśnie toczy.
Fjallbacka. Malownicza miejscowość portowa na zachodnim wybrzeżu Szwecji, w rejonie Vatra Gotaland. To właśnie ona skradła w całości moje serce.
I to wcale nie dzięki kultowym kryminałom Camilli Läcberg, które zasadniczo przeczytałam dopiero po powrocie, będąc w stanie absolutnego zafascynowania głębokim i tajemniczym klimatem tej malutkiej miejscowości.















Mieliśmy szczęście, ze słońce chowało się za tęgimi chmurami i naprzemiennie wychodziło zza nich, rozświetlając drewnianą zabudowę. Woda morska stała, niewzruszona najdrobniejszą falą.
Spędziliśmy we Fjallbace niecałe dwa dni i jedną noc.








Późnym wieczorem zagraliśmy rundkę golfa na tamtejszym polu golfowym. Nie grałam jeszcze na wielu polach golfowych, z pewnością nie mam dużego porównania, ale to tutaj zrobiło na mnie niezapomniane wrażenie. Dzięki swojej scenerii, malowniczości, położenia na szkierze, bezpośredniego sąsiedztwa morza, chropowatości skał na brzegach i tego, że tam słońce nigdy nie zachodziło. Tzn. takie miałam wrażenie, że robi się lekko szarzej, ale mrok nie zapada. Samochody i golfiści podjeżdżali tam praktycznie przez całą noc.









A potem opuściliśmy Fjallbackę na rzecz jeszcze bardziej zjawiskowej miejscowości.