W Helsinborgu wjechaliśmy na prom i przeskoczyliśmy na chwilę do Danii. Odwiedziliśmy Louisina Museum of Modern Art nieopodal Helsingoru.

To była moja kolejna już wizyta w tym obiekcie, oznaczała powrót po wielu latach. Tym razem najbardziej ujęła nas wystawa czasowa Yayoi Kusama, w tym niezwykła świetlna instalacja zamknięta w małym pudełku – pułapce, do którego się wchodzi, odwiedzając wystawę. Uwielbiam twórczość tej artystki, wiem że niektórych jej gigantyczne instalacje w centrach miast nie przekonują zupełnie. Mi natomiast jej osobista ekspresja i radość tworzenia jaka z niej wprost eksploduje i pomimo dość sędziwego wieku, bardzo odpowiada i wręcz porywa.
Poza tym bardzo zapisały się w mojej pamięci niezwykłe obrazy Franza Gertsha.




W Lousianie stoi także jeden z popularnych pająków autorstwa Lousie Bourgeois, wcześniej inny widzieliśmy w muzuem sztuki nowoczesnej w Bilbao, opisywałam to wydarzenie także tu, na tym blogu.

Wizyta w sklepie z duńskim designem, gadżetami i plakatami zawsze należy do fascynującego ubarwienia każdej wizyty w tym cudnym kraju.
W ogrodach muzeum znajduje się wiele rzeźb słynnego artysty Henry’ego Moora. I nie tylko jego.



Po nakarmieniu duszy dobrą i łatowprzyswajalną sztuką, przejechaliśmy do Kopenhagi. Kampera zaparkowaliśmy w malowniczym i cichym zakątku miasta, ale w jego centralnej części. Z przedproży domów znowu wylewały się malwy.

Wieczór spędziliśmy przy słynnym kolorowym kanale i jego nabrzeżu Nyhavn, wypełnionym jaskrawymi kamienicami.



Następnego dnia o świcie wskoczyliśmy na rowery i pokonując bardzo długą trasę objechaliśmy wszystkie ważne dzieła współczesnej architektury. Przepraszam. Z pewnością nie wszystkie. Ale wiele z nich.









