Z Kopenhagi przejechaliśmy do Malmo słynnym, i już nie aż takim nowym, mosto-tunelem przecinającym Oresund. Pokonanie prawie 8 km przez wody morskie robi wrażenie. Ten drugi co do wielkości most na świecie łączący dwa państwa został oficjalnie otwarty w 2000 roku.
Wróciliśmy do Szwecji, a tam czekało na nas kolejne przefajne miejsce. Pod względem największych hitów tego wyjazdu to już ostatnie tak silne oddziałujące na zmysły. Ale za to zatrzymaliśmy się tam na pełne dwa dni, co przy naszym ADHD jest naprawdę wyczynem :)
Falsterbo. Miasto na cyplu, z XI wieku. Przemalownicze, ogromnie intrygujące, eksplodujące kolorami. Tym razem nie domów, a cukierkowych domków plażowych. Ciągną się one wijącymi ogonami wzdłuż plaż półwyspu, w skupiskach które zdają się pozornie nie mieć końca. Wyrastają z trawy i z piachu, kolory mają landrynkowe, nikt przy ich ustalaniu nie ma żadnych zahamowań. Kiedy lekko płowieją na słońcu oraz od słonego wiatru, stoją się piękną kompozycją oczywistych kolorów lata.














Słońce tam prażyło bardzo mocno, ale porywisty wiatr wiał także bardzo silnie. Patrzeliśmy na nasz Bałtyk od drugiej strony i wiedzieliśmy, że nieuchronnie zbliża się czas powrotu do Polski i do domu.








Wspominałam, że historia Falsterbo jest naprawdę bardzo długa. W XIII wieku miasto przeżywało okres świetności, stając się istotnym ośrodkiem kupieckim w handlu rybami. To ukuło rybacki charakter starych ulic miejscowości.
Dzisiejsze Falsterbo słynie także z prestiżowych zawodów konnych. Falsterbo Horse Show to doroczny tradycyjny pokaz przepięknych koni i ich podniebnych skoków… coż, dla mnie wszystkie konie są przepiękne i nie muszę mieć do tego karkołomnych uzasadniających pokazów czy fizycznych wyczynów, przy których wstrzymuję oddech, aby koniom nic się nie stało. Z pewnością z tej przyczyny nie jestem zupełnie obiektywna i nie potrafię ani ocenić, ani tym bardziej docenić takich pokazów. Faktem jest, że obserwowałam, że przyciągają potężne rzesze adoratorów.



Fascynujący był także cały rynek kupiecki, który niejako spontanicznie wytworzył się wokół wydarzenia. Stoiska z atrybutami do jazdy konnej, pasze, witaminy, zakręceni fascynaci dotykali na kramach wszystko, co z końmi związane. Oraz kawa, lody, hodogi. Słowem jak festyn w Polsce, równie barwnie.

Kiedy opuściliśmy Falsterbo, zostało na już tylko zwiedzenie Ystad oraz Ales Stenar i przejazd w kierunku promu.
Ystad jest przyjemne, kwieciste, stare. Można je przejść dwoma krokami. A na końcu zasiąść na chwilę w małym portowym barze, zamówić Tosta z opiekaną rybą i czerwoną cebulą i z nostalgią zacząć planować następne wakacje…






O Ales Stenar mówią, że to jest szwedzki Stonehenge. Nie, nie i jeszcze raz nie. Na wszelkich tego typu porównaniach te mniejsze zawsze tracą, bo zdają się być niegodną wysiłku podróbą zamiast niezależnym bytem. Ales Stenar nie ma w sobie nic z rozmachu i przysadzistości Stonehenge. Nie ma rozkładu zegara ani innego cyrkularnego porządku przestrzennego. To kamienny kompleks 59 głazów o wysokości średnio nie wyższej niż do pasa, o niewyjaśnionym pochodzeniu i zamyśle. Hipotez jest wiele, jak to zawsze w podobnych przypadkach, kiedy brakuje danych.


Porywający jest stamtąd widok na morze i sąsiedztwo sielskiej łąki. Trasa prowadząca do parkingu jest dość malownicza.



Nieopodal Karlskrony, w miejscowości której lokalizacji zbyt dokładnie nie pamiętam, pochłonęliśmy ostatnie owoce morza i wskoczyliśmy na prom. Wakacyjna przygoda 2024 kończyła się. W głowach rysowały się wstępne plany na kolejne lata…
