
Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie długi weekend majowy jest małym przedsmakiem lata i jednocześnie radosną ulgą, że zima już naprawdę się skończyła. Żeby poczuć to wszystko dogłębnie i dobrze, co roku staramy się, aby trwał możliwie jak najdłużej, czyli krótko mówiąc, aby był po brzegi wypakowany wrażeniami, do których jeszcze długo można wracać we wspomnieniach.
Tym razem wybraliśmy się z przyjaciółmi, dwoma kamperami naraz, w ten sposób przygoda i zwiedzanie były jednocześnie codzienną imprezą towarzyską. Cała wyprawa zajęła nam tydzień i dwa towarzyszące mu weekendy, razem 10 dni i naprawdę niezwykłe jest, ile miejsc potrafiliśmy w tym czasie odwiedzić i z jak ogromnej przy tym doświadczyliśmy różnorodności. Były w tym zarówno długie spacery, fajne wyprawy rowerowe, przesiadywanie w małych lokalnych restauracyjkach, obezwładniające widoki, nieskalana natura i dużo słońca. Słowem przepis na idealny czas. Szkoda, że tak niezwykle szybko przeleciał.
Jak zawsze, tak i tym razem spisuję wspomnienia, aby ich praktyczny wymiar stał się przydatną inspiracją jeśli tylko ktoś pomyśli o podobnym kierunku wyjazdu i jeśli tylko tam oczywiście dotąd nie był. Niestety wszystko popularyzuje się tak bardzo szybko, że coraz trudniej o miejsce nie naznaczone koszmarną ilością turystów. Nie krytykuję, bo sama często turystą jestem. Jednakże nieustająco poszukuję w podróży pewnego osamotnienia i atmosfery nowości odkryć. Tropię piękne miejsca, nie zawsze popularne.
Pierwsze na naszej trasie były Morawy i miejscowość Znojmo. Po nocy spędzonej po drodze w Katowicach (których współczesna architektura mnie zachwyca i cieszę się z każdej możliwości odwiedzenia) oraz słonecznym optymistycznym poranku w ogrodach Muzeum Śląskiego, wyruszyliśmy do Czech.

W Znojmo byliśmy we wczesnych godzinach popołudniowych i od razu udaliśmy się na bardzo długi spacer po mieście.

Miejscowość wydała nam się spokojna, wręcz senna, dopóki nie dotarliśmy do miejsca z którego roztaczał się przepiękny widok na głębokie koryto rzeki Dyja. Wówczas zdało nam się, że całe życie niewielkiej miejscowości przeniosło się właśnie tutaj. Piękny widok zawsze magnetyzuje, a ten unieruchomił nam nogi chyba na godzinę. Siedzieliśmy na murku na szczycie bardzo wysokiego brzegu rzeki, a potem po prostu snuliśmy się pozostając w najbliższym jego otoczeniu i tego placu, z jednej strony wychodzącego widokowo na zakole rzeki Dyja, a z drugiej okalanego bardzo ładną, historyczną, średniowieczną zabudową. Częściowo z XII wieku.

Bardzo nam się w Znojmo podobało.







Warto wspomnieć także o tradycjach winiarskich Znojmo i całej okolicy Moraw. Być może morawskie wino smakuje tak wyjątkowo tylko tam. Już dawno zauważyłam, że następuje pewne sprzężenie smaku wina z powietrzem, w jakim jest spożywane. W każdym razie białe morawskie wino tego dnia wydawało nam się winem najwyższej próby :)


Pozostając w winiarskich smakach i klimatach, odwiedziliśmy po drodze jeszcze jedno szczególne miejsce.
Kremser Greitbauer to mały rodzinny biznes, winnica i restauracja oferująca obezwładniający widok, na górzystą, porośniętą drzewkami winogronowymi okolicę. Około 300 km dalej na południe od Znojmo, w austriackiej Styrii, nie musieliśmy zbyt daleko zboczyć z naszej trasy, aby doświadczyć zarówno urzekających pejzaży jak i lokalnej kuchni, która była zdecydowanie mniej urzekająca ;) W opiniach w Google goście szeroko rozwodzą się na temat smaków, cudownych, fantastycznych, rozpływają się z zachwytu. Widać my nie do końca rozumiemy austriacką kuchnię, a zwłaszcza w zestawieniu z włoską, w kierunku której podążaliśmy :)




Następnym istotnym miejscem, krainą, którą odwiedziliśmy, było Tagliamento we Włoszech, w Alpach Julijskich. Zaparkowaliśmy kampery na dwie noce w bardzo urokliwym miejscu, nad samą rzeką. Rankiem wsiedliśmy na rowery i to właśnie na nich zwiedzaliśmy tę przepiękną okolicę przez niespełna dwa kolejne dni.

Tagliamento, to szeroka, roztokowa rzeka, wypełniona okrągłymi, prawie białymi utartymi kamieniami, niesionymi z pobliskich szczytów siłą natury, grawitacji, dużych różnic wysokości, mocnym prądem rzeki w górnych partiach i bardzo szerokim korytem na dole. Nie dość, że całe koryto wygląda zjawiskowo i jest tak szerokie i długie, że tworzy właściwie odrębną krainę geograficzną, to same otoczenie – Alp Julijskich w tle dopełnia spektakularności tego krajobrazu. Kiedy tylko wychodzi słońce, woda w rzece Tagliamento staje się kryształowo – turkusowa. Kiedy niebo zaciągnięte jest chmurami, wody rzeki przypominają mleko zabarwione na pastelowy niebieski i zielonkawy kolor.



Trasę rowerową rozpoczęliśmy od przejazdu wzdłuż rzeki, najbliżej jego koryta jak się tylko dało.



Kiedy przez chwilę zaczęło kropić, schowaliśmy się pod dachy zabudowy prześlicznej miejscowości Venzone. Ponieważ jest to ciągle mało popularny kierunek turystyczny, a do tego byliśmy tam przed sezonem, rynek, czyli główny plac w centrum miejscowości był przyjemnie pustawy i w charakterze dokładnie taki, jak najlepsze, najbardziej klimatyczne włoskie miejsca. Z historyczną zabudową, z kamienną posadzką zatrzymującą w kałużach zdublowane widoki odbijającej się zabudowy na dłużej. Z całkowicie nieśpieszącą się, bo niepoganianą przez nikogo załogą lokali gastronomicznych. Były tylko dwa takie miejsca gastronomiczne w centrum, czynne o tej porze, idealne na przeczekanie niewielkiego wiosennego deszczu.






W centrum odwiedziliśmy także malownicze ruiny zabytkowego małego kościoła, z fragmentami posadzki przerośniętymi trawą i z alpejskim niebem zamiast dachu :)








Po dwóch dniach naszego pobytu w Tagliamento, w Alpach zaczynał się zapowiadany pogodowy Armagedon. Klimat szaleje, opady w górach są nawałnicowe i naprawdę nieznośne. Z tej przyczyny dokonaliśmy korekty wcześniej planowanej trasy i ruszyliśmy na południe… w poszukiwaniu spokoju i słońca.
Na tym właśnie polega moc podróżowania kamperem, elastyczność planów podążająca za spontanicznością. Na mapie pogodowej jedynym oknem na niebie naprawdę gęsto w tym czasie zaciągniętym chmurami było niebo nad wyspą KRK w Chorwacji…
Kolejnego popołudnia zatem podążaliśmy już mostem łączącym stały ląd w Chorwacji w wyspą KRK. Kiedy wjechaliśmy na teren zarezerwowanego wcześniej kempingu naprawdę było czym cieszyć oczy. „Jakby luksusowo tutaj jest” wzdychaliśmy do siebie, ale ten luksus opierał się przede wszystkim na pięknie zaaranżowanej i zadbanej zieleni, widoku na bardzo spokojne Śródziemne, olbrzymim porządku przestrzennym i stworzonych kameralnych miejscach odosobnienia dla każdego kampera, tudzież namiotu. Postawiliśmy nasze pojazdy w pierwszej linii brzegowej i w ten sposób niezmąconym, ulubionym widokiem na morze napawaliśmy się dwa kolejne dni.



Pamiętam fajne wieczory pod gołym niebem i długie dyskusje z Holendrami na temat Putina, wojny, ryzyka i holenderskiej perspektywy. Zupełnie nie mieli świadomości o skali pomocy, jaką my, Polacy, w oddolnej inicjatywie społecznej niesiemy uchodźcom z Ukrainy.
Pamiętam także piękną ścieżkę, na jaką wychodziło się przez tyły naszego kempingu Valamar wprost na skaliste zarośnięte piniami nabrzeże, która prowadziła do centrum miejscowości KRK, 2 kilometry wąską dróżką, pomiędzy kamieniami, bardzo wszak wygodną i prowadzącą przez malownicze turkusowe zatoczki. Kiedy pstryknęłam po drodze zdjęcie jednej z nich i wysłałam do przyjaciółki, była przekonana, że zdjęcie jest sztucznie podkolorowane. Nie było, bo nie było takiej potrzeby.

Nie wiem, może to kwestia pory roku, górskich wód roztopowych które niosą dużo minerałów, w tym dolomitu, który daje tak intensywne turkusowe refleksy w wodzie morskiej. Fakt, że woda w morzu była ciężka, bardzo zimna, zawiesista jak olej. Kiedy spróbowałam do niej wejść, czułam się jak mors bez praktyki i doświadczenia, a kiedy przyglądałam się bliżej, miałam nieodparte wrażenie, że w górnych partiach unoszą się małe kawałki źle zmielonego w kruszarce lodu. Wraz ze mną kąpał się w tej lodówce wyłącznie nasz pies i stado innych psów, które przyszły na plażowy spacer wraz z właścicielami. Nasza Tola potrafi wejść tak jak stoi do zimnego Bałtyku w najzimniejszych miesiącach roku. Temperatura zwykle nie robi na niej żadnego wrażenia.
Wieczorem pies wpadł w stan nadchodzącej hipotermii. Obłożyliśmy ją kocami i długo masowaliśmy. Bardzo się przestraszyłam tą akcją.
Moje ciało zareagowało inaczej. Jakąś wewnętrznym ogniem euforii. Jeśli tak właśnie czują się morsujący, to im zazdroszczę.
Różnica w reakcji między mną a Tolą w tym doświadczeniu opierała się na pewno na długości czasu spędzonego w tej lodowatej wodzie.

Piękna nadwodna ścieżka poprowadziła naszą zgraną ekipę do centrum KRK kilkukrotnie.






Snuliśmy się nieśpiesznie uliczkami, wtapiając się w ich klimat. Miasteczko nie jest moim zdaniem jakoś szczególnie zapadające w pamięć, typowa chorwacka nadmorska miejscowość jakich wiele. Ładna, ale nie wybitna.


Pobyt na KRK zdecydowanie był najspokojniejszym czasem całej wyprawy.

W piątek rano, kiedy pogoda już łamała się, a mokry i chłodny jęzor deszczu dotarł i tam, ruszyliśmy w drogę powrotną. I znowu, kierując się w poszukiwaniach miejscem gdzie nie pada lub gdzie względnie pada najmniej, dojechaliśmy do regionu Val di Funes w Dolomitach, do miejscowości Santa Maddalena.
Dolomity doskonałe są o każdej porze roku. Pomimo, że chmury zasłoniły nam słynny widok na gorejące o zachodzie szczyty, pozwalając skupić wzrok głównie na charakterystycznej w tym kadrze zielonej dolinie z malutkim kościołem San Giovanni na pierwszym planie, poczuliśmy się otuleni zjawiskową scenerią.

W tym miejscu, w tej dolinie, z takim właśnie widokiem, spędziliśmy alpejską noc. I poprzedzający ją wieczór, w tyrolskiej drewnianej restauracji, z podanym na deser schnapsem będącym dziełem lokalnej tradycji i niosącym silny aromat alpejskich ziół i nie koszonej łąki.
Bardzo ciężko wracać z tak pięknego miejsca, zwłaszcza w pośpiechu…

Na szczęście wystarczyło czasu na poranna trasę i porobienie zdjęć w rześkim powietrzu.





Naszą cudowną europejską włóczęgę zakończyliśmy odwiedzając umajone kwiatami uzdrowisko Karlowe Vary oraz słynną dzięki porcelanie historyczną Miśnię.















... Dziękuję, że dobrnęliście do końca. Tym razem to był naprawdę długi wpis z ogromnym zestawem zdjęć. Ale tak różnorodnych przeżyć nie dało sie bardziej skompresować ;)
Poniżej jeszcze, tradycyjnie, kilka losowo wybranych przez system fotografii :)