Wiosna już od dawna huczy w głowie, ale nie widać jej w powietrzu. Mózg domaga się wypoczynku po bardzo intensywnym intelektualnie czasie. Na dworze zimno. Nową przygodą chce się przyśpieszyć nadejście wyczekanych ciepłych dni. Nie nadchodzą. Pakujemy kampera i ruszamy na wschód, termometr pokazuje temperatury bliskie zeru. Jest wieczór, piątek przed długim weekendem majowym i postanawiamy dojechać najdłużej ile się tego dnia jeszcze da. Mijamy Warmię, Mazury, Podlasie, dojeżdżamy późnym wieczorem do granicy. Tuż za przejściem granicznym rozkopy, spowolnienie, droga zaczyna się wydłużać, kilometry ciągnąć.
Podziwiam Jarka, jego konsekwencję w zmierzaniu do wstępnie nakreślonego celu. Nie poddaje się, nigdy nie marudzi, posuwamy się dalej. Krajobraz Litwy nie jest zbyt urozmaicony, a nocą i tak za wiele nie widać. Liczę na to, że poranek nas zachwyci. Że wybrane miejsce będzie ciekawą odmianą krajobrazową. Ta niepewność, ekscytacja i nadzieja wypełnia mi zawsze długie kamperowe kilometry.
W końcu dojeżdżamy. Birsztany. Gasimy silnik, zaciągamy żaluzje, idziemy spać. Pies mówi, że na dworze strasznie zimno.
Rano ubieramy się dość ciepło, co wcale nie okazało się na wyrost. Wybieramy najkrótszą trasę do najpiękniejszego miejsca, czyli nad Niemen. Stamtąd zaczynamy przepiękną marszrutę po okolicy.

Birsztany to uzdrowisko. Zatem spotkać tu można zarówno pamiętające systemowe czasy resorty wypoczynkowe jak i luźno rozproszone niewyszukane domy wakacyjne. Szukam klimatu uzdrowiska, bo go kocham, z racji wykonywanego zawodu w sposób szczególny upodobałam sobie architekturę kuracyjną.


Kilka bujnięć na huśtawce. Już wiemy ile stąd dokąd. Wiemy, że dla nas to dopiero początek majówkowej trasy. Idziemy dalej.

Na bulwarze nad Niemnem mijamy rozleniwione litewskie rodziny, chodzące trójkami lub czwórkami, bardzo nieśpiesznie. Za chwilę wspinamy się na Górę Witolda, skąd roztacza się naprawdę bardzo ładny widok na zakola rzeki Niemen.

Czuję się bardzo literacko, ożywiają się wspomnienia lektur szkolnych. Mroźny podmuch na chwilę ustaje. Wyłaniają się kwiaty drzew owocowych.


Przyroda walczy o swoje. Jarek wypuszcza drona nad okolicę, ja mam chwilę dla siebie, na poszuranie nogami w wysokiej trawie. Widzę jak wystaje z niej gdzie niegdzie jaskółcze ziele. Dogania mnie tęsknota za czasami, kiedy łatwiej przychodziło mi rozpoznawanie każdego gatunku zielska. Porzucam rozterki, nie ma sensu się nad tym rozwodzić, sprawdzam gdzie nas kroki dalej poniosą.




Słońce świeci bardzo mocno, ale niczego nie nagrzewa, ścieżka przez górę Witolda (to jedno z najwyższych wzniesień na całej Litwie, jest to niewiarygodne) jest bardzo ładna, po chwili sprowadza nas w dół, do centrum uzdrowiska. Mijamy mały żółty budynek, który wygląda jak klejnot i który widziałam wcześniej na zdjęciach jak przeglądałam w Internecie Birsztany.

Poszukuję architektonicznych dowodów dobrej historii uzdrowiskowej tej miejscowości i od razu takie znajduję. Zabytkowy Kurhaus, zielone ładne drewno na elewacji. Następnie kilka białych obiektów otoczonych starodrzewiem i parkiem. Zaczynają się pysznić w słońcu pierwsze szafirki i tulipany. Staram się niczego nie rozdeptać, ale sceneria kusi, aby się w nich zanurzyć, robiąc kolejne zdjęcia.



Znajdujemy fajną uliczną kawiarenkę i lody sprzedawane w cieście jakby gofrowym, składającym się z samych gigantycznych bąbli. Przysiadamy opierając plecy o południową ścianę. Jest bosko. Może ta pogoda jednak się rozkręci.

Wczesna wiosna w takich miejscach, z dala od stałych osiedli i pieców, ma to do siebie, że powietrze po zimie jest przejrzyste. Mijamy Muzeum Birsztan. Budynek opisywany jako romantyczna willa, mnie do wejścia nie zachęcił. Seledynowa lekko mieniąca się w słońcu elewacja z brązowymi wykończeniami jest jak dla mnie koszmarnym zestawem kolorystycznym, brakuje spatynowanej szlachetności, idziemy dalej.


Wsiadamy do kampera i ruszamy w dalszą trasę na północ.
Dojeżdżamy do Wzgórza Krzyży w Szawlach. Miejsce trudne, ale pociągające, ilość krzyży przytłaczająca. Jezus wyciąga ręce do nieba, a z nieba (dosłownie) spadają promienie. Słońce i chmury postanowiły urządzić nieziemską scenerię, bardzo pasującą do okoliczności. Wiatr rozpędza się. Ostatni odcinek dzielący nas od samochodu mam ochotę biec.


Przy parkingu niewielki sklepik z ładnymi wyrobami z bursztynu. Spędzamy tam kilka chwil i ruszamy w trasę.
Około osiemnastej dojeżdżamy do niesamowitej miejscowości na Łotwie.