

Prom był niewielki, bardzo wygodny, mega sympatyczny, wszystko było na tak! Dwie godziny do zachodu słońca, pierwsze fajne widoki, umysł nasiąknięty fascynacją zakręconą wokół miejsca, do którego właśnie podążaliśmy.
Alandy są niezwykle ciekawym zjawiskiem geograficzno – przyrodniczo – politycznym. Archipelag należy administracyjnie do Finlandii, ale jest szwedzkojęzyczny.
To rozsiane po Bałtyku, w jego wąskim przesmyku Zatoki Botnickiej skupisko 6800 wysp. Tak fajnie malutkich, i tak blisko siebie leżących, że patrząc na mapę sprawiają wrażenie zbliżenia do siebie Finlandii i Szwecji dając złudne wrażenie, że da się przeskoczyć małymi skokami z wyspy na wyspę i suchą nogą pokonać Bałtyk.


Rozpoczęliśmy naszą podróż od tych mniejszych wysepek, co jest słusznym podejściem do sprawy, jeśli chce się dobrze zrozumieć i poczuć klimat Alandów.




Na początku przeżyłam trzęsienie ziemi, a potem moje emocje dalej wzrastały z każdą chwilą. To było jak zaproszenie do świata idealnie urządzonej baśni.

Mikrolądy wielkości naparstka rozsypane po wodzie i połączone tasiemkami dróg i torów wodnych. Utopione w kryształowo czystym powietrzu, które nie wiadomo gdzie się kończy, a gdzie zaczyna się woda. Spokojne, jak nieznany kawałek świata, ale pulsujące rytmem połączeń małych białych promów. Rzucone na Bałtyk pomiędzy Finlandią, a Szwecją, stanowią bramę do Zatoki Botnickiej. Albo raczej dziesiątki małych bram. Sztormowe wody Bałtyku nie mają gdzie się tam rozpędzić, wyhamowuje je kolosalnie rozległa linia brzegowa tej drobnicy. Zatem woda stoi i stoją też myśli. Wypoczynkowy raj dla świadomych turystów. Prawie nie ma infrastruktury poza promami i drogami. Nie istnieją sklepy i restauracje. Człowiek zdany jest sam na siebie, więc podróż kamperem jest błogosławieństwem.




Nad tymi drogami przelatuje mnóstwo saren i ptaków.
Pewnej nocy spaliśmy na wyspie o wymiarach 300 na 100 m.

A innej nocy przeżyłam jeden z największych zachwytów, o jakich marzyłam jadąc na północ. Przez kilka godzin w nocy świeciła niesamowita, magiczna, zielono turkusowa zorza. Tańczyła na całym północnym niebie. Zdjęcia wykonywane po sobie za każdym razem chwytały zupełnie inną kompozycję. Nie sposób było przestać się gapić.

Taki osobisty kosmos.
Sześć tysięcy doznań zaklętych w kroplach skał rzuconych na Bałtyk.
Polecamy każdemu.
Podróżując kamperem celem staje się życie w drodze i sama droga jako taka dostarcza przyjemności. Ne odnajdą się w tym ci, którzy nie lubią się przemieszczać. My uwielbiamy.
Nie wiedzieliśmy czy spodoba nam się trzydniowe zatrzymanie w jednym miejscu. Zaplanowaliśmy trzy noclegi na Alandach, każdy co prawda w innym miejscu, na różnych wyspach, nie mniej jednak było to dość istotne unieruchomienie jak na nasze rozpędzone dusze.
Pierwszą noc spędziliśmy na campingu, tak pół żartem pół serio, bo miejsce to kompletnie nic z typowych udogodnień campingowych nie miało. Nie miało wody, prądu, oznak cywilizacji, nie miało nawet ogrodzenia. Miało jedynie wrzeszczącego gospodarza, który przyszedł i powiedział, że niczego nie wolno. Nie wolno nawet stać w miejscu, w którym staliśmy, bo to niestabilny odcinek gruntu, nieutwardzony po usypaniu i wyrównaniu i ogólnie za chwilę wszystko może skończyć się wielką katastrofą.
Dziwnego człowieka można spotkać wszędzie. Spotkaliśmy go tam, na Alandach.
Potem przeczytaliśmy, że w Internecie zbudowało się wokół tego miejsca dużo kontrowersyjnych treści. Nie napiszę gdzie, żeby miejsca tego nie popularyzować. Spuszczam zasłonę milczenia.
W okolicy poznaliśmy przemiłych sąsiadów, zamieszkujących jeden z okolicznych domów, których w sumie nie ma na Alandach zbyt dużo, bo to teren gdzie przede wszystkim dominuje piękna natura. To pozytywnie zbilansowało wrażenia relacyjne.
Po pierwszej nocy rozpoczęliśmy nieśpieszne przemieszczanie się pomiędzy wyspami korzystając z siatki połączeń promowych oraz także połączeń drogowych, tam gdzie akurat istnieją.


Drugiej nocy spaliśmy na bardzo małej wyspie, o której pisałam wyżej, na wstępie.

Rano odpalił nam się cyrkowy humor. Wykonaliśmy kilka spontanicznych akrobacji na nabrzeżnej skale i pojechaliśmy dalej kręcić kółko po Alandach.




... a potem w pewnej małej restauracji, na ścianie zobaczyliśmy to :) ... i poczuliśmy się po skandynawsku zobrazowani ;)

Pod drodze przystawaliśmy dosłownie co chwilę, aby nacieszyć oczy tym, co tak bardzo nam się podobało.




Trzecią noc spędziliśmy na największej wyspie, na której znajduje się tzw. stolica uroczego archipelagu i jednocześnie jedyne miasto -Maarianhamina. Następnego dnia stąd zabierał nas prom do Szwecji.









To właśnie tej nocy doświadczyłam obezwładniającego wrażenia obcowania z zorzą polarną. Wcześnie czasami udawało mi się zorzę sfotografować w Trójmieście i okolicach, ale nie było ona nigdy tak mocna i tak widoczna gołym okiem, jaką ujrzałam ją tam, na Alandach. Był to bardzo długi spektakl , z obrazami zmieniającymi się płynnie w każdej właściwie sekundzie. Zrobiłam kilkaset zdjęć, a mogłabym wykonać ich miliony.





