
Następnego dnia wjechaliśmy na najpiękniejszy prom świata i popłynęliśmy do Sztokholmu. Prom miał niespełna rok i wydawał się być istotą skandynawskiej wygody życia i przyjaznego designu. Była na nim nawet restauracja dla rodzin z psami, przepięknie urządzona, która różniła się od pozostałej części tylko ruchomym oddzieleniem zwiększającym bezpieczeństwo psów i gości. Psy mogły się w tej restauracji swobodnie przemieszczać i zając sobie takie miejsce, jakie im przypadło do gustu, bez konieczności bycia przytroczonym do swojego właściciela albo nogi od jego stołu. Na tym promie podobało mi się wszystko. Szczegóły, jakich nie jesteś świadom dopóki nie przyjdzie ci z nich korzystać.


W tej masie zachwytu istotny był także ten związany z oknami do samej podłogi, powodującymi, że z każdego miejsca i kąta można było cieszyć oczy przepięknym widokiem na wodę.
Niebo chmurzyło się ołowiem, walczyły z nim pojedyncze promienie słońca. Nie było wiatru, który porwałby morze do tego pojedynku. Rozgrywający się spektakl żywiołów trwał, prom sunął bezszelestnie.


Szwecja przybyła za szybko. Rozsianymi wyspami Archipelagu Sztokholmskiego. Żal było opuszczać pokład.

Zjechaliśmy na ląd, spektakularne chmury wisiały nad nim także. Ciepłe promienie słońca dawały jednak radę rozświetlić piękną sielską zabudowę łagodnie wpisaną w szwedzki krajobraz. Wszak przejeżdżaliśmy prowincją uchodzącą za bardzo malowniczą, pomiędzy Kapellskar a Sztokholmem.




Wieczorem zatrzymaliśmy się w miejscowości Sigtuna. Jego historia liczy pond 1000 lat. Prawa miejskie zostały nadane w 1010 roku. Oficjalne źródła podają, że jest najstarszym miastem w Szwecji.





Spędziliśmy w niej przemiły wieczór, rozgościliśmy się w malutkiej klimatycznej restauracji przy głównej uliczce centrum, z widokiem na jezioro Melar.


Na nocleg wybraliśmy fiord w okolicach Sztokholmu. Nie był jakoś spektakularnie wysoki, jak te zapamiętane z zeszłorocznej podróży zachodnim wybrzeżem Szwecji, ale krył inne uroki. Wydaje mi się, że udało mi się uchwycić je na zdjęciach.


Szczęście nam sprzyjało, bo tej nocy także rozświetliło niebo zorza. Była może mniej spektakularna, ale za to wielokolorowa. To była druga noc z rzędu, która przetrzymała mnie prawie w całości w pionie. Zjawisko zorzy i chęć fotografowania unieruchomiły ciało w pełnym napięcia oczekiwaniu na złapanie w kadrze możliwie najwierniej tego, co widać w rzeczywistości. Nie do końca się to udawało, bo zorza dosłownie tańczyła, podskakiwała i wyczyniała harce ta niebie, to pojawiała się, to gasła, żeby na dwie sekundy eksplodować w zupełnie innym miejscu albo na przekór w prawie tym samym. Wzdychałam głośno, śmiałam się na głos i żałowałam, że tak szybko nastąpił brzask. Brzask oznaczał, że zakończyła się ostatnia sposobność na obejrzenie zorzy i okno to zatrzaśnie się na długo bo oto kolejnej nocy byliśmy już na promie powrotnym do Polski.




Ale zanim to się wydarzyło, mieliśmy jeszcze piękną rowerową przygodę objechania starego miasta i okolic w Sztokholmie. Dzień okazał się bardzo pogodny, a słońce jak na Skandynawię grzało bardzo mocno. Lody i krótkie spodenki – tak właśnie zapamiętałam te okoliczności pogodowe :)







Stare miasto w Sztokholmie nie jest szczególnie rozległe, na przejazd rowerowy idealne. I tym mocnym akcentem żegnaliśmy się z piękną okolicą, Szwecją, Alandami, fantastyczną nadbałtycką trasą, która nas tu przywiodła, przez Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię.

Na prom Polferries wsiedliśmy w Nynashamn,w porcie położonym około 60 km na południe od Sztokholmu. Rejs trwał 18 godzin, zaczął się punktualnie o 18.00, docierając do celu w Gdańsku o 12.00 następnego dnia. W ten sposób bałtyckie kółko domknęło się, a my wróciliśmy do domu kończąc naszą kolejną wspaniałą kamerową przygodę. Alandy wryły mi się w pamięć na długo i wspominam je sobie do tej pory praktycznie każdego dnia.