
********************************
Po opuszczeniu Hallstatt obraliśmy kurs powrotny na Polskę. Zatem niniejsza relacja jest naszą ostatnią z kamperowej podróży przez Europę w 2020 roku. Na końcu znajdziecie mapkę z zaznaczoną całą trasą dwutygodniowego przejazdu.

Przystanęliśmy na stacji paliw, aby uzupełnić zasoby i zastanowić się, którędy dalej chcemy jechać. Nawet zwykła trasa powrotna otwiera różne ciekawe możliwości. Postanowiliśmy przejechać przez wschodnią Bawarię i tam zrobić krótki postój na zjedzenie obiadu. Nie umiałam wytłumaczyć czemu, ale nabrałam intensywnej ochoty na ociekające tłuszczem ziemniaczki i wydawało mi się, że właśnie w Bawarii takie nam zaserwują. Miejscowość Pasawa (Passau), położona tuż przy granicy z Austrią wydawała się celem idealnym, kusiła bowiem przy tym piękną historyczną zabudową.

Poszukanie parkingu dla kampera zajęło nam nadspodziewanie długą ilość czasu, więc kiedy przemieszczaliśmy się po głównym deptaku zabytkowego centrum, mieliśmy poczucie konieczności ścigania się z uciekającymi godzinami. Nad miastem zbierały się burzowe chmury, zamiast tradycyjnej bawarskiej kuchni przysiedliśmy w restauracji serwującej wyśmienite burgery, więc Jarek i Miki byli niezwykle zadowoleni. Z bawarskich smaków miałam szansę jedynie na piwo, które lubię średnio lub nawet mniej niż średnio. Jednak podczas tego gorącego dnia, z dusznym ciężkim powietrzem i wzrokiem tęsknie spoglądającym w stronę chmur z nadzieją na deszcz, stało się całkiem znośne. Kiedy chwilę później zmierzaliśmy z powrotem bardzo pośpiesznie w stronę samochodu, deszcz już dosłownie podążał za nami, wymiatając z deptaku resztki śladów życia i uciekających ludzi.

Po chwili Pasawa stała się kolorowym wspomnieniem, a my zmierzaliśmy w stronę kolejnej granicy. Wszystko stawało się coraz bardziej posępne, kiedy przejeżdżaliśmy przez Czechy dalej lał sążnisty deszcz. Wzrok ślizgał się po rozmytych obrazach pobocza, nie było na czym zatrzymać na dłużej wzroku. Godziny zaczęły się ciągnąć, odliczałam kilometr za kilometrem, zakręt za zakrętem. Z obszaru górskiego zjechaliśmy w okolice Pragi. Podążaliśmy dalej. Pogoda zaczęła się stabilizować. Na nocleg zatrzymaliśmy się w miejscowości Melnik, pod zamkiem i winnicą. Z daleka widzieliśmy pięknie oświetloną budowlę, wydawało się, że pomimo nocy toczy się tam jakieś życie. Akurat odbywał się tam miejski wakacyjny festyn. No więc był gwar, chaos, zamieszanie, donośne głosy z napojonych alkoholem gardeł do późnych godzin, potem tłumy cichły rozchodząc się, na końcu krótkie oderwane śmiechy i rozmowy zanikały gdzieś powoli w oddali.

Potem krótki sen, śniadanie z widokiem na rzekę Łabę, szybkie pakowanie i znowu droga.



Wysłałam zdjęcie zamku i winnicy do rodziców. Mama odpisała – widać, że to już nie te kolory, co wcześniej. Cóż, musieliśmy się przyzwyczajać do powrotu na naszą północ Europy, z mniejszym natężeniem światła słonecznego i z tak dobrze znanym uczuciem, że oto za chwilę nastąpi powrót do rzeczywistości, pozostawionych spraw i normalnego życia. Ale po każdej podróży w sercu pozostaje na zawsze jej blask.
Geopark na Łuku Mużakowa przywitał nas jednak słoneczną pogodą. To on był najważniejszym celem bieżącego dnia i miał nam zapewnić emocjonalnie miękkie lądowanie. Kiedy kilka minut wcześniej przekraczaliśmy granicę Polski, serce zabiło mocniej.
Jest ok, pomyślałam sobie, cieszę się z powrotu, kamper przemierzywszy tak spory kawałek swojej dziewiczej z nami podróży dowiózł nas z powrotem do domu, bez szwanku. Prawie do domu. W tym momencie znajdowaliśmy się na zachód od Zielonej Góry, w okolicach Łęknicy, a dokładniej na terenie dawnej kopalni Babina, gdzie dzisiaj znajduje się Światowy Geopark Unesco. Można przeczytać na jego temat dużo w Internecie, ale dopiero pobyt pozwala zrozumieć czym właściwie jest to miejsce i w czym tkwi jego niezwykłość. Geopark chroni morenę czołową, powstałą podczas okresu zlodowacenia, tak wielką, że podobno jest to jedyna morena czołowa widoczna z kosmosu. 450 tys. lat temu olbrzymi lodowiec przetaczając się przez dzisiejsza Polskę przepychał na swoim przodzie całe bogactwo różnych minerałów. Następnie antropogeniczna działalność kopalniana na tym terenie, całkiem niedawna (wygaszona dopiero w 1974r) wydobyła niechcący niektóre z drogocennych kolorowych złóż na powierzchnię. Na skutek tego unikatowego połączenia sił przyrody i działalności człowieka osiągnęliśmy współcześnie prawdziwy spektakl barw, który obserwujemy zwiedzając jeziorka powstałe w miejscu zalanych szybów. Grunt wokół jeziorek jest bardzo grząski, pracujący, jest bezwzględny zakaz wchodzenia do nich, grozi to zapadnięciem się. Jeziorka niestety w szybkim tempie wysychają, z roku na rok ich spektakularny efekt przez to zmniejsza się. Warto się pośpieszyć. I na pewno warto być tam podczas doskonałej pogody, kiedy wpadające do wody promienie słoneczne tworzą charakterystyczną przybrzeżną podwodną tęczę. Właśnie takie szczęście mieliśmy.














Po dokładnym zwiedzeniu jeziorek przejechaliśmy jeszcze raz na chwilę na stronę niemiecką, aby zwiedzić pobliskie ciekawe założenie parkowo – pałacowe Bad Muskau.

Kolorowe jeziorka i czerwony pałac wypełniły moje oczy radością barw. Obiad zjedzony w Zielonej Górze był wyśmienity, bardzo krzepiący, pomimo że restauracja przypominała zwyczajny bar. To wszystko spowodowało, że kiedy wieczorem dojechaliśmy do Rogalina i zaparkowaliśmy na terenie parku przypałacowego w pięknych alejach starodrzewu, chciało mi się płakać ze wzruszenia. Poczułam wielką wdzięczność za naszą niezwykłą i intensywną kamperową przygodę i poddałam się magii miejsca. Siła dębów rogalińskich moich zdaniem jest odczuwalna nawet w nocy. Nie umiem opisać tego uczucia radości, kiedy przeganiając chmury komarów pod każda mijaną latarnią przemierzałam aleje od początku do końca po kilka razy, przemawiając przy tym cały czas do naszego psa, który kroczył tam razem ze mną i był jak i ja bardzo szczęśliwy.
Rankiem zaserwowaliśmy sobie wycieczkę rodzinną po parku Rogalińskim. Odpuściliśmy zwiedzanie pałacu, chyba nawet był zamknięty z powodu covid 19.




Potem przejeżdżaliśmy przez Polskę nowymi kawałkami dróg ekspresowych oraz dobrze nam znaną Autostradą Bursztynową, prowadzącą do domu. Była niezwykle obciążana pojazdami, wszak była to sobota, pełnia lata, cudowna pogoda. Wraz z nami zmierzały na Wybrzeże tysiące turystów…
Zrobiliśmy 5400 km, powiedział Jarek, kiedy przekręcił kluczyk w stacyjce pod domem i zakończył naszą wyprawę.
