
Nad jeziorem Como spędziliśmy niecałą dobę, z czego prawie cztery godziny w jego lodowatych wodach. Pomimo, że był to tak krótki pobyt, do dzisiaj dokładnie pamiętam ten lejący się z nieba, wszechogarniający żar.
Pożegnanie z Morzem Śródziemnym było piękne, droga prowadziła przez Ligurię, która jest po prostu niezwykła, a z poziomu podniesionej podłogi w kamperze wygląda jeszcze bardziej dramatycznie. Wcinające się w głąb lądu urwiste, wypełnione morzem wąwozy, zapewniające daleką perspektywę na granatową toń spokojnego lazuru. Piękne, landrynkowe miejscowości, w słońcu jeszcze bardziej lśniące i soczyste, z jednolitymi dachami. No i stalowa banda od autostrady dużo poniżej linii wzroku, tym samym chwilami miałam wrażenia, że lecimy, a nie jedziemy.
Pomimo, że od Nicei do jeziora Como trasa ma aż 400 km, przeleciała nam niezwykle szybko. Prawie w całości, aż do ostatnich kilku dosłownie kilometrów prowadziła tam autostrada, następnie droga ekspresowa, która na końcu przeistoczyła się w wygodną lokalną dwupasmówkę.
Pokonując drogę w kierunku Jeziora Como zastanawiałam się jak nad nim będzie, czy zachwyci mnie zgodnie z wyobrażeniem, rozbudowanym dzięki czytaniu i przeglądaniu cudzych opisów oraz zdjęć. Przyznaję, że nigdy nad nim nie byłam, za to przez lata wzdychałam. Przejeżdżając przez północne Włochy zawsze to jezioro Garda było mi bardziej po drodze, ale uznaje się, że ono do jeziora Como nijak nie ma porównania.


Jezioro Como i jego brzegi mają niesamowitą strukturę geologiczną. To wygląda jak zaklęśnięta w szczelnej niecce pomiędzy skalistymi górami woda, która pozostaje tam niewzruszona tylko dlatego, ze nie ma którędy odpłynąć. Do uroczych miejscowości prowadzą tunele skalne. Jak to we włoskich górach – zdają się nie mieć końca.


Miejscowość, jaką wybraliśmy na nasz postój nazywała się Mandello del Lario. Tym razem nie napotkaliśmy na żadne trudności przy szukaniu noclegu. Parking na monety w samym centrum śniętej upałem miejscowości był jednocześnie wnętrzem przykościelnej zabytkowej Drogi Krzyżowej. Stanęliśmy pomiędzy wytyczonymi liniami miejsca parkingowego, a wówczas kamienne kapliczki Drogi Krzyżowej dosłownie zaglądały nam przez okna kampera. Ten nocleg uważam za jeden z najbardziej niezwykłych w moim życiu. Uwielbiam miejsca związane z historią, miejsca duchowej kontemplacji i miejsca święte. Nie umiem tego opisać, czułam się w tym miejscu wyjątkowo błogo. Znowu dało znać o sobie to wspaniałe uczucie – że ten autentyczny kawałek czegoś istotnego staje się w nocy naszym bardzo osobistym. Wychodziłam z kampera i siadałam na skalnych nagrzanych stopniach centralnego kosciółka. Przechodziły siostry zakonne i zagadnęły bardzo serdecznie.


Chwilę wcześniej, zanim pozwoliliśmy nocy objąć nas bezpiecznymi ramionami, przeszliśmy się przez miejscowość w poszukiwaniu restauracji. Dobre opinie z Google zawiodły nas pod drzwi jednej z nich. Zmierzyli nam przy wejściu temperaturę pistoletem i uznali, że możemy wejść. Ktoś poprowadził nas na wewnętrzny dziedziniec i tam wskazał stolik pod rozłożystym kasztanem. Był bardzo okazały, jego regularnie rozłożone gałęzie wisiały jak wielki parasol nad całym dziedzińcem z wszystkimi jego stolikami.

Załoga uwinęła się sprawnie i po chwili przypomnieliśmy sobie, jak to jest rozkoszować się wspaniałą włoską kuchnią. Kilka łyków schłodzonego białego wina i stwierdziłam, że już nigdy w życiu stamtąd nie wyjdę. Miki wciągnął pizzę, której średnica miała chyba metr. Była prawie północ, a temperatura nie miała zamiaru opaść nawet o jeden stopień.
Rano Jarek wyruszył pierwszy. Poszedł się rozeznać w sprawie możliwości wynajęcia łódki w celu popływania po jeziorze. Okazało się to niełatwe. W tym miejscu jest natomiast doskonale rozwinięta sieć połączeń wodnych za pomocą środków publicznego transportu, uroczych tramwajów wodnych, kursujących wg ustalonego harmonogramu.



Najpiękniejsze widoki Jezioro Como oferuje od strony wody i tak należy je zwiedzać. Jednak, jak by nie liczyć, te parę godzin w ciągu dnia, które jeszcze zgodnie z planem mieliśmy nad nim spędzić, nie wystarczyło, aby wybrać się na wycieczkę wodną. Pozostała nam wycieczka wpław oraz dalsza objazdówka kamperem, który czynił nas całkowicie niezależnym od sztywnych rozkładów jazdy i kursów.
Ten dzień był równie upalny jak poprzedni i właściwie krótki spacer z miejsca, na którym stał nasz kamper, do brzegu jeziora oznaczał przejście jak przez środek pieca. Przy nas człapał nasz czarny nagrzany czworonóg, któremu obiecaliśmy kąpiel. Tola uwielbia wodę w każdej postaci i o każdej porze roku. Najczęściej ma okazję zamaczać się w naszym zimnym Bałtyku. Im staje się on zimniejszy, tym pies większy podziw wzbudza u napotkanych spacerowiczów. Tym razem jednak byliśmy w rozpalonych Włoszech i noga za nogą, łapa za łapą posuwaliśmy się w stronę krystalicznej wody jeziora Como licząc chociaż na lekkie schłodzenie się.

Plaża była kamienista, a woda naprawdę przeczysta. Przy plaży był niewielki bar z zimnymi napojami i frytkami, bardzo oblegany. Wokół niego stoliki z pięknymi parasolami z białego spłowiałego płótna, powykręcane na różne strony, zastygłe.

Pies włożył do wody najpierw jedną łapę ostrożnie, potem drugą. Trochę chwiał się na tych kamieniach, nieprzyzwyczajony, starał się utrzymać równowagę.
Woda przy brzegu była bardzo płytka i od pierwszego kontaktu niezwykle zimna. Im dalej w jezioro, tym było odczuwalnie jeszcze zimniej, w ogóle nie głębiej, a dno cały czas kamieniste i niewygodne. Można powiedzieć, że dojście do miejsca, w którym dało się zanurzyć całe ciało było niezłym wyczynem.



Po kolejnych trzech godzinach dalej byliśmy w tej wodzie, a zachwycony pies postanowił w ogóle z niej nie wychodzić. Jednak kompletnie nie chciało mu się już pływać, a tym bardziej łazić po śliskim kamienistym dnie, więc po prostu usadowił się całym swoim ciężarem na Jarka nogach, wczepił się w ramię mokrymi łapami i tak postanowił trwać. W tym czasie, tamtego dnia, nasz pies zdobył dodatkową umiejętność – tropienia do skutku jeziorek do kąpieli na każdym kolejnym postoju kamperowym, do których zapałał od tego dnia wielką miłością. Każdy kocha kampera z innej przyczyny, pies ma swoje uczucia także. Wydaje mi się intuicyjnie, że Tola ciągle żyje wspomnieniem tamtej kąpieli i poszukuje sposobu na jej powtórzenie.
Psa nie mogliśmy wyciągnąć z wody żadną perswazją. Nie działało zwykłe przekupstwo psimi ciasteczkami. Fukał na nas, jak próbowaliśmy wyjść. Stał się w tej szczerości ulubieńcem plaży.
Patrzyłam z poziomu wody na skaliste trójkąty gór. I pomyślałam, idealna geometria. Serce mi się już rwało, aby wyruszyć do tych wszystkich ślicznych miejscowości, które majaczyły za mgłą parującej z jeziora wody. Wiedziałam, że wystarczy nam czas na odwiedzenie może jednej z nich, może dwóch. Czas było się stamtąd zwijać.


I znowu wykręcanie nóg na kamieniach (tym razem woda przy brzegu wydawała się naturalnie ciepła jak zupa), znowu bar z zimnymi napojami, znowu parasole, ostatnie spojrzenie za siebie i smutna konstatacja, że kolejne przeżycie staje się już tylko miłym wspomnieniem.
Poniżej zdjęcia z tego ,co udało nam się zobaczyć na jeziorem Como, pomimo bardzo krótkiego pobytu. Wyjeżdżałam z przekonaniem, że dobrze by było spędzić tam dwa tygodnie i zwiedzić każdy odbijający się w wodzie kamień.