
********************************
Wyjeżdżałam z Brienz z przekonaniem, że Szwajcaria jest odrębnym kawałkiem Europy, Alpy jakieś wyższe, toń jezior jakaś bardziej kryształowa, krajobrazy jakieś bardziej składne i zielone, urbanistyka jakaś bardziej uporządkowana. Ceny koszmarnie wyższe. Widziałam, że Jarek nie podziela do końca mojego poglądu o niezwykłości Brienz. Górskie jezioro było zbyt zimne i zniechęcało do kąpieli pomimo niezwykłego koloru, a kilkukilometrowy spacer jego brzegiem był dla Jarka całkowicie wystarczającym doświadczeniem jeżeli chodzi o to, co można było tam osiągnąć. Na pewno nie wyjeżdżał z poczuciem nie odrobienia do końca jakiegoś zadania, ja natomiast tak. Widziałam siebie oczami wyobraźni w tych po górach, przemierzającą brzegi jeziora z poziomu wysokich wzniesień, szukającą niezwykłych odbić słońca w tafli nieskazitelnej błyszczącej wody. Przekonana jestem, że jego szmaragd jest widoczny z kosmosu.
Kolejne kilometry drogi mijały bardzo szybko. Po kilku minutach od wyjazdu z Brienz osiągnęliśmy pułap chmur ;) Droga wspięła nas bardzo wysoko w górę, w dzień było widać o wiele więcej niż poprzedniego dnia późnym wieczorem. Przejechaliśmy znowu przez szalony skalny bęben, o którym pisałam w poprzednim poście. A potem po prostu przemierzaliśmy Szwajcarię, co chwilę sięgając po kamerę i próbując uwiecznić jej urok.
Ze Szwajcarii przejechaliśmy do Austrii. Kiedy wjechaliśmy do Tyrolu, tak dobrze nam znanego z wypadów narciarskich, postanowiliśmy poszukać dobrej kuchni i atrakcyjnego miejsca na kolejny nocleg. I w ten sposób wylądowaliśmy w Seefeld In Tirol, który po pierwsze znajdował się w przełęczy niezbyt oddalonej od naszej autostrady, a po drugie z dostępnych w internecie zdjęć i opisów wydawał się fajny oraz - jak dotąd przez nas nie odwiedzony.
Po kilkunastu kilometrach oddalenia się od autostrady znaleźliśmy się znowu w odrębnym świecie. Otoczeni górami, tyrolską rozproszoną zabudową, cudowną zielenią, dojeżdżaliśmy do miejscowości coraz bardziej wyczerpani i głodni. Miejscowość nie mała w sobie nic z ciasnoty tak bardzo charakterystycznej dla serii poprzednich miejsc, które na kamperowej trasie odwiedziliśmy. Nawet w samym centrum były przestronne łąki i polany, z trawą do połowy wysokości kół kampera.


Taka po prostu piękna dzikość pełna alpejskich ziół. Pachniało nimi i pachniało także pyszną pieczoną kuchnią. Usadowiliśmy się w jednej w restauracyjek przy głównym deptaku, kelner przyjął od nas zamówienie.
Po tylu dniach w kamperze, przemierzywszy kilka państw, które zmieniały się codziennie, stwierdziłam, że nie wiem czy powinnam odpowiedzieć kelnerowi "grazie", "merci" czy bardziej "danke" i w jakim kraju tak naprawdę aktualnie jesteśmy :) Na szczęście wraz ze spożywanymi kaloriami zasilał się także mój mózg. Zaczęłam rozglądać się wokół siebie i zobaczyłam jak bardzo to miejsce jest „narciarskie”, te same tyrolskie domy, klimaty, sklepiki z odzieżą sportową, wyciągi rozciągnięte po okolicznych stokach… jedynie śniegu brakowało i ciuchy nie te. Dziwne uczucie, trochę zimy, trochę lata w jednym.
Położona na płaskowyżu pomiędzy górami Wetterstein i Karwendel wioska Seefeld In Tirol dwukrotnie gościła kilka imprez podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich.
Następnego dnia rano, szukając lokalnych atrakcji i sportowego ducha miejscowości, odczuwalnego także w sezonie letnim, odkryliśmy z Mikim basen miejski. Był on cywilizacyjnym dodatkiem do ładnego, całkiem zwyczajnego jeziorka z drastycznie zimną wodą (dosłownie temperatura odczuwalna śniegu), z którym dzielił wspólną zieloną trawiastą plażę. Brawurowym zwieńczeniem tego mini ośrodka rekreacyjnego w atrakcyjną całość był bar z frytami i lemoniadą. Spędziliśmy tam z Mikim dwie godziny i czuliśmy się naprawdę jak w raju. Pyszne fryty, dużo lemoniady, fajny basenik, lato. Proste przyjemności. Widok na Alpy. Chwila spokoju w naszej intensywnej włóczędze.


A potem znowu byliśmy w drodze, kilometry mijały, przemieszczający się punkt na nawigacji wskazywał, że jesteśmy na właściwej drodze do Hallstatt. Po drodze minęliśmy naprawdę olbrzymi akwen wodny o nazwie Chiemsee, pełen żaglówek, z autostradą przechodzącą tak blisko brzegu, że przez dość długi czas mogliśmy obserwować życie na wodzie.
W godzinach późno popołudniowych dotarliśmy nad jezioro Wolfgangsee w rejonie Salzburga.

Tam zostaliśmy na noc, w takim celu, aby kolejnego dnia móc z samego rana wyruszyć do pobliskiego Hallstatt jeszcze przed tłumami turystów, których się tam słusznie spodziewaliśmy. Od wielu lat malutka górnicza miejscowość z racji unikatowego położenia i charakterystycznego nadjeziornego kadru jest wielką atrakcją turystyczną, a odkąd w Chinach powstała kopia tego miejsca, stała się jeszcze bardziej oblegana przez jej azjatyckich miłośników, w pogoni za chęcią zobaczenia oryginału.
Zatem nad to właśnie nad Wolgangsee spędziliśmy bardzo przyjemny wieczór, a w konsekwencji bardzo miły poranek.

Miejscowość Sankt Gilgen nad Wolfgangsee okazała się byś mocno powiązana z kulturą i muzyką. Rozbrzmiewał koncert uliczny, a spora, wypełniająca centrum grupa ludzi, tańcząco – biesiadująca, budowała klimat folkowego festynu. Tradycyjne dziedzictwo alpejskie miksuje się tutaj z kawałkiem historii życia rodziny Mozarta. Tutaj urodziła się jego matka Anna Maria Mozart i mieszkała jego siostra. Na bazie tej spuścizny Sankt Gilgen buduje dziś swoją współczeną opowieść, tworząc wokół historycznego domu Mozartahaus miejsce spotkań i bieżących wydarzeń kulturalnych.







Jezioro Wolfgangsee było spokojne i ładne. Stwierdziłam to także kolejnego dnia podczas piknikowego śniadania, kiedy rozłożyliśmy stół na przybrzeżnej, intensywnie zielonej trawie. Podchodziły do nas dzikie kaczki, chyba przyzwyczajone przez ludzi do dokarmiania i było naprawdę sielankowo.


Potem spakowaliśmy się i ruszyliśmy w stronę Hallstatt. Podobno kiedyś można było dostać się tam tylko i wyłącznie od strony wody. Dopiero w roku 1966 wykuto tunel w skale i w ten sposób to miejsce stało się bardziej dostępne i bardziej odkryte.

Wąska śluza zabytkowego tunelu i bajkowa sceneria Hallstatt powodują, że jest to wycieczka do zupełnie odrębnego mini świata. Krajobraz kulturowy Hallstatt jest wpisany na listę światowego dziedzictwa Unesco. W pobliżu miejscowości znajduje się najbardziej znana kopalnia soli położona na złożach solonośnych ciągnących się wzdłuż północnej krawędzi Alp. Kopalnia powstała w późnej epoce brązu. W jednym z wyrobisk znaleziono zakonserwowane zwłoki prehistorycznego górnika.
Jednak to nie ten powód najbardziej rozsławił Hallstatt. 2 czerwca 2012r. w miejscowości Huizhou w prowincji Guangdong w Chinach miała miejsce inauguracja kopii austriackiego miasteczka. Wywołała skandal wśród Austriaków, których nikt nie spytał o zdanie w kwestii poszanowania praw autorskich i wykonania kopii całej miejscowości.
Kiedy wykonywałam zdjęcie łapiąc najbardziej charakterystyczny kadr Hallstatt podeszła do mnie turystka o azjatyckiej urodzie i wkładając mi w dłonie swój telefon poprosiła o wykonanie jej w tym miejscu serii ujęć. Ustawiła się całkowicie tyłem do obiektywu, intensywnie wpatrując się w to miejsce, w które co dzień wpatruje się średnio dziesięć tysięcy odwiedzających.
Nadmierna liczba turystów utrudnia garstce mieszkańców codzienne funkcjonowanie. Władze podejmują szereg działań w celu ograniczenia liczby odwiedzających, ale efekt jest przeciwny.
Kończę tę relację serią pięknych zdjęć ze spaceru po naprawdę bajkowym Hallstatt. Staraliśmy się rozszerzyć własną perspektywę do więcej niż jednego kadru.








