Lato 2022 roku było bardzo upalne albo szczególnie upalny był okres, w którym wystartowaliśmy kamperem w naszą kolejną wakacyjną przygodę. Była to końcówka lipca, a ja miałam wrażenie, że parzy mnie każdy przedmiot którego dotykam. Kiedy po pierwszej nocy spędzonej u bliskiej rodziny w Niemczech dojeżdżaliśmy w godzinach późno popołudniowych kolejnego dnia do Paryża, termometr w kamperze pokazywał coraz wyższą temperaturę. Wbiliśmy się do samego centrum, zapewne kamienice i ulice oddawały ciepło nagromadzone w ciągu dnia przez palące słońce. Zaparkowaliśmy kampera w niebywałych okolicznościach, wysiedliśmy z niego wprost w wieczorną imprezę na trawie Pól Marsowych. Wieża Eiffla prawie zaglądała nam w okna pojazdu. Zgromadzony na ziemi tłum ospale podrygiwał w rytm muzyki snującej się z prywatnych głośników i smartfonów. Panowała atmosfera pocovidowych wakacji, ludzie sprawiali wrażenie bardzo stęsknionych za przeżywaniem czegoś w poczuciu wspólnoty. Koc przy kocu, człowiek przy człowieku, dziecko przy dziecku. Pomiędzy tym jakieś resztki nierozdeptanych kwiatów miejskich oraz sprzedawcy zimnych napojów i pamiątek.






A więc tak pachnie Paryż! Wróciłam tu po wielu latach i próbowałam z pomocą pamięci zdobywać się na porównania do przeszłości. Mijaliśmy porozkładane na ziemi ledowe mini Wieże Eiffla na sprzedaż, kramy z jedzeniem, kafejki ze stolikami na zewnątrz, sklepiki z magnesami na lodówkę, dotarliśmy do Sekwany. W tym momencie miałam już jakieś 400 zdjęć Wieży Eiffla w telefonie. Poszukaliśmy przepięknego miejsca na wieczorny posiłek i chwilę później kontemplowaliśmy toczące się obok paryskie życie z pozycji siedzącej. W ogóle nie robiło się chłodniej. Ani wtedy, ani podczas godzin nocnych, kiedy wybraliśmy się z Mikołajem na pieszą wędrówkę wzdłuż Sekwany w kierunku Luwru.




Zycie na Polach Marsowych toczyło się do samego rana. To miasto chyba nie kładzie się spać. Przynajmniej nie w tym miejscu.

O świcie zrobiło się jak by delikatnie chłodniej, drogami przemieszczały się głównie pojazdy oczyszczające miasto. Obok nas pojawił się drugi kamper, właścicielka mocowała się z automatem do sprzedaży biletów parkingowych i nie dawała za wygraną. Odpaliliśmy silnik i ruszyliśmy na Montmartre.

Tam spotkał mnie wspomnieniowy zawód. Dzielnica, którą jako nastolatka zapamiętałam jako artystyczną, stała się komercyjna, nieprzyjemnie zatłoczona i jakaś taka bezbarwna. Z płócien powiewało straszną tandetą. Połaziliśmy, spiliśmy kawę, pognaliśmy dalej.








O zamkach w dolinie Loary czytałam dużo przed naszym wyjazdem i ich historie tak mnie pochłonęły, że nie wiedziałam, na który się zdecydować. Stanęło ostatecznie na Chenonceau z tej przyczyny, że to między innymi tam rozgrywała się akcja książki „Pan Samochodzik i Fantomas”.


Zamek owiany jest jakąś unoszącą go niezwykłością. Pomimo wielkiego upału, który powoduje zobojętnienie, powalił mnie swoją dostojnością, francuskością i ogólnym czarem jaki roztacza, wraz z wodą, przy której stoi. Może jego magia wiąże się jakoś z jego drugą nazwą, potocznie jest bowiem zwany „Zamkiem Dam” lub „Zamkiem Sześciu Dam”. Zamek znajduje się nad rzeką Cher i otacza go uporządkowany ogród. W ogrodzie tym rozpraszana była mgiełka nawadniająca, dzięki której upalne okoliczności chwilami były znośniejsze.



Cóż, dwie godziny później dojeżdżaliśmy już do Zatoki Biskajskiej, do miejscowości La Rochelle, o której mieszkańcy mówią, że jest wrotami do oceanu. I właśnie o niej będzie cały następny odcinek.