
**************************
Będąc na wybrzeżu Zatoki Biskajskiej zaplanowaliśmy odwiedzenie największej pod względem wysokości i objętości wydmy w Europie. Zlokalizowana jest na terenie Francji, a jej nazwa to Dune du Pyla, czyli Wydma Piłata.
Wydmy polskie znamy i kochamy, chodziliśmy po nich wielokrotnie. Tym razem mieliśmy odwiedzić wydmę, która jest prawie trzykrotnie wyższa od największej wydmy w Łebie, Łącka Góra ma bowiem 43 m wysokości, a Wydma Piłata aż 115 m i stale wzrasta. Składa się z 60 milionów metrów sześciennych piasku, jej długość równoległa do wybrzeża to 2,7 km, a szerokość ok. 500 m. Z dużej wysokości wygląda jak wielka biała płachta rzucona na ląd. Chcieliśmy się przekonać, jak wygląda z bliska i czy wejście na nią jest rzeczywiście tak mordercze, jak można przeczytać.
Startując z La Rochelle mieliśmy wybór, czy w dalszą drogę na południe – w stronę wydmy - wybrać się całkowicie lądem, czy częściowo promem, skracając sobie i przecinając lejkowate ujście Garonny. Wybraliśmy to drugie. Dzięki temu mieliśmy świetną lekcję geografii i silnych pływów Zatoki Biskajskiej doświadczaliśmy już na promie. Praktycznie nie było fali na wodzie, a prom kołysał się pchany jakąś potężną niewidzialną miarową siłą, przyłożoną do jego boku. Przecinaliśmy estuarium, czyli silnie poszerzone, lejkowate ujście rzeki, powstałe w wyniku działania pływów morskich. Miejsce to nazywa się Żyronda.


Na południowym brzegu Żyrondy rozpoczynają się słynne winnice wchodzące w obszar regionu Bordeaux.

Upał znowu stawał się coraz potężniejszy, zatem zaraz po przecięciu Żyrondy i zjechaniu z promu, wykonaliśmy dwie rzeczy – zakup wina w pierwszej winiarni regionu Bordeaux – Medoc oraz kąpiel w oceanie.


Słońce paliło, tydzień później ten obszar zajęty został potężnym pożarem, którego dymów doświadczaliśmy w trasie powrotnej. Ale o tym zdarzeniu napiszę w którymś z następnych odcinków.
Opis winnic Bordeaux też znajdzie swój czas, ponieważ to właśnie tamtędy wracaliśmy do domu.
Świetną bazą do odwiedzenia Wydmy Piłata jest pobliska względem niej miejscowość Arcachon. Jest to biały, ładny, pełen życia i restauracyjek nadoceaniczny kurort.



Po zaparkowaniu bezpośrednio przy plaży, przesiedliśmy się na rowery. Następnie trasą prowadzącą przez piękne bulwary, ubogaconą nadoceanicznymi restauracjami, barami plażowymi, malowniczymi knajpkami, girlandami świateł i całym klimatem cudownego nadmorskiego popołudnia, udaliśmy się w kierunku celu, czyli wydmy. Dzieliło nas od niej około 11 km.



Jechaliśmy na miejsce rowerami, tak długo jak się dało. Ostatni odcinek trzeba jednak pokonać piechotą, a właściwie wspiąć się zasypanymi piachem schodami na szczyt tej gigantycznej zwalistej wydmy. Wysiłek nie jest to jakiś ogromny, za to bardzo opłacalny, ponieważ tuż po osiągnięciu najwyższego punktu widać, jak wydma opada bardzo długim i łagodnym stokiem do oceanu tworząc bardzo spektakularną pochylnię.


W szczycie sezonu nie można liczyć na samotne zdobywanie tego miejsca, ale na szczęście ilość ludzi i tak nie przytłacza. Oprócz nas było tam jeszcze kilkadziesiąt grupek przybyszów, ale z racji wielkoobszarowości wydmy, byli oni dość rozproszeni. Przestrzeń jest tak duża że każdy znajdzie swoje miejsce z niezależnie pięknym widokiem na ocean.






Godzinę później ciągle zalegaliśmy na jej grzbiecie i obserwowaliśmy, jak zachodzące słońce wpada wprost do wody. Urzekający spektakl, który kończy się brawami, po czym wszyscy rozpoczynają drogę powrotną.





Rowerowy powrót do Arcachon po zmroku nie dłuży się wcale, wręcz przeciwnie, po drodze wzdłuż wybrzeża mija się pełno knajpek z których dochodzą dźwięki chilloutowej wakacyjnej muzyki.
Po tak doskonałym wieczorze, oraz pod dotarciu do naszego kampera, spędziliśmy na plaży pół nocy gapiąc się w gwiazdy i wsłuchując się w szum przypływu. Wspaniały luz.

Naszym kolejnym celem było surferskie Biarritz.