
Nigdy wcześniej nie przeżyłam tak silnego oddziaływania fal.
Prądy morskie fascynują mnie od bardzo dawna. Ukończyłam nawet kiedyś kurs meteorologiczny dla żeglarzy, którego wiedza o pływach morskich i oceanicznych wryła mi się z miękkością na zawsze w pamięć.
Ale zupełnie czymś innym jest wyobrażanie sobie na sucho prądów morskich, nawet ich częściowe doświadczanie co roku w Bałtyku, a czymś innym ich wszechmocna siła oddziaływania gnająca po oceanie.
Udało nam się zaparkować kampera w bardzo ustronnym miejscu, jednocześnie dość blisko głównej części miejscowości Biarritz. Właściwie wyglądało to tak, że był pas asfaltu, wypakowany kamperami, ogrodzony żywopłotem, którego od bardzo szerokiej plaży oddzielał pasek pola golfowego. Więc z góry musiało to wyglądać jak czterokolorowa flaga, z błękitem oceanu, pomarańczą piasku, zielenią pola golfowego i bielą stada kamperów. Chyba w każdych innych okolicznościach taka gęstwina kamperów stojących blisko siebie bardzo by nas irytowała, jednakże w tamtych okolicznościach wydawała się naturalnym kolorytem miejsca. W skalistym wybrzeżu, stromo opadającym do zatoki, każdy metr kwadratowy z płaskim dostępem jest na wagę złota. O bliskości pola golfowego poinformowała nas nadlatująca piłeczka.

Skrajny upał się utrzymywał, słońce było równo piekące i na asfaltowym kamperowisku, i na plaży, i na krótkim odcinku dojścia do niej. Najtrudniejsze było przejście po piasku, bez butów, na boso, jak by po rozżarzonym węglu. Plaża jednak, jak plaża. Szeroka, piękna, ale nie aż tak jak te bałtyckie. Wiadomo. Całą siłą tego żywiołu nie jest ten gorący piach i przestrzeń plaży, a potęga fal.



To było zdumiewające. Rulony wody przy samym brzegu, zwalające człowiek z nóg, plączące kończynami jak łamliwym chrustem, zagłuszające wszystko wokół. I ludzie, którzy wchodzili do wody jedynie na ułamku plaży, pomiędzy palikami wyznaczającymi plażę strzeżoną. Dwóch ratowników w czynnej postawie, śledzących bezustannie to co się dzieje na wodzie. Komunikaty o prądach morskich tuż za tymi palikami nie pozostawiały złudzeń, że wejście do wody kawałek dalej oznacza wpakowanie się w kłopoty.



Potężna siła tnąca jednej z fal, przy wychodzeniu z wody, uderzyła z całą swoją siłą w bok mojego kolana, wywołując najpierw dość duży ból, następnie powalając mnie na piach i ostatecznie skutkując blokadą stawu przez tydzień i dość silnie odczuwalną kontuzją.


Tego samego wieczoru nauczyłam się jak to jest jeździć na rowerze ze sztywnym kolanem, zeskakiwać ze schodów i tanczyć jak by nie stało się nic :) Gorąca atmosfera zachęcałą do odwiedzenia przyplazowych klubów, nie omieszkaliśmy skorzystać z tej atrakcji :) Wszak wakacje! Nie czas na robienie dramatów!



Plaża, fale, dynamika oceanu bardzo się podobały też Jarkowi i Mikołajowi. Mniej spodobały się naszemu psu, który pomimo, że całe życie uwielbiał wchodzić do wszystkich zbiorników, tym razem był wycofany. Przeczekał w plażowym namiocie, ochładzaliśmy go polewając zimną wodą.






Wielkie upały odcinały nas od możliwości przemieszczania się po miejscowości Biarritz w ciągu dnia. Natomiast czas zachodzącego słońca okazał się najprzyjemniejszym na włóczęgi, piesze i rowerowe. Atmosfera ożywiających się wieczorem bulwarów bardzo temu sprzyjała.



Miasto ma elegancję staroświeckiego luksusowego kurortu. Rysowanego rozmachem hoteli, kasyn, obszernych kawiarni, wielkich tarasów, plątaniny zygzakowatych schodów na kamiennych klifach.



Ale też silną atmosferę surferskiego współczesnego centrum, z wypożyczalniami sprzętu i nauczycielami surfingu dosłownie co parę metrów.
Biarritz było naszą brama do Kraju Basków. To silny ośrodek znajdujący się jeszcze po francuskiej stronie. Mieliśmy wrażenie, że ludzie byli tam niezwykle serdeczni i bardzo pozytywnie nastawieni do wszystkiego.

Po dwóch dniach i dwóch nocach w Biarritz, ruszyliśmy w dalszą drogę. Przekroczyliśmy granicę z Hiszpanią i znaleźliśmy się w hiszpańskiej części Pays Basque.

.....................................................