Zwiedzanie Kraju Basków miało dla nas wymiar przede wszystkim geograficzny oraz kulturowy.

Wybrzeże to jest po prostu niezwykłe. Jego charakterystyczne formacje skalne o nazwie oryginalnej flysch (flisz) wyglądają jak grzbiety smoków wyłaniających się z wody. Poziom wody Zatoki Biskajskiej, pchanej potężnymi oceanicznymi pływami, zmienia się przez cały czas w ciągu doby, różnicując się o kilka metrów. Fale były przez cały czas potężne, słabły trochę dopiero podczas odpływów. Jadąc nadmorską drogą, mijaliśmy piękne kadry, wycinki wody złapane pomiędzy bardzo zielonymi wzgórzami Pirenejów.

Pierwszy flysch z bliska zobaczyliśmy w miejscowości Zumaia. Dość trudno się po nim przemieszcza. Ale te kamienne piły wystające z wody, z trójkątnymi zębami są niesamowicie spektakularne.







Zjawiskowe piękno tego wybrzeża podziwialiśmy przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów.



Udało nam się odwiedzić także kilka kolejnych niezwykłych plaż. I przeżywać odpływ, w pięknych promieniach gasnącego słońca, wchodzić kilkaset metrów w morze po mokrym piasku, który jeszcze kilka godzin wcześniej był dnem rozszalałych fal.



Na noc zatrzymaliśmy się w miejscowości Mutriku, stosunkowo niewielkiej, z mariną wciętą mocno w ląd. U wyjścia w morze stoi brutalna betonowa konstrukcja, falochron o gigantycznych wymiarach i rozpiętości, który wygląda, jak by komuś dosłownie rąbnęła się kilkukrotnie skala przy jego projektowaniu. Ale tylko pozornie. O potędze tutejszych sztormów świadczy fakt, że bywają tu fale, które rozbijając się o tą wysoką na sześć pięter konstrukcję tworzą ścianę wody strzelającą w niebo znacznie powyżej.


Właśnie takie obrazy uruchamiała mi wyobraźnia, kiedy wieczorem chodziliśmy po górnym poziomie tego falochronu. Woda, która rozbijała się o jego kamienne stopy dudniła jak echo w studni, były to dźwięki złowieszcze i nieprzyjemne. Jak rozpędzony pociąg wpadający do ciasnego tunelu.
Nie potrafię sobie wyobrazić, jak huczy tam ocean w te gorsze dni.
Zorientowałam się dopiero po czasie, że ów falochron tak bardzo raził w tym krajobrazie i kaleczył widok na morze, że skrupulatnie omijałam go na wszystkich kadrach.
Zupełnie zdawała się nie zaprzątać sobie tym głowy grupa ludzi, która zeszła się w przystani, aby wieczorem posiedzieć, wypić hiszpańskie wino i zjeść którąś z baskijskich potraw, których z racji skomplikowania ich języka, kompletnie nie potrafiliśmy rozszyfrować w menu.

Wysłaliśmy zdjęcie z tablicą menu do naszych znajomych z Polski, którzy często pomieszkują w Hiszpanii. „Nic nie kumam. Prosimy kogoś wtajemniczonego o przetłumaczenie. Niby chcemy tapas do wina”. „Wiecie, że baskijski jest podobny do niczego? Węgierski przy tym to luzik” – przyszła odpowiedź po minucie :) „Też tak czujemy. Że kaszubski przy tym to luzik” :)
Słońce zachodziło, kolejny wspaniały dzień dobiegał końca. Aby wrócić do kampera, musieliśmy pokonać rząd spionizowanych schodów i kawałek asfaltowej wstęgi lokalnej drogi, z której widok na tę niewielką marinę był obłędny. Co ciekawe, stało w tej marinie kilka dziwnych bloków mieszkalnych, jeden bardzo wąski, z małymi chyba kawalerkami, po jednej na każdej kondygnacji.


Taka piękna, barwna, lokalna prowincjonalność.
Jeszcze lepsza i barwniejsza prowincjonalnoć była w miejscowości Bermeo. Spaskudzone kontrastowymi farbami elewacje portowych kamienic biły po oczach, żadna z nich nie była szczególnie urokliwa i proporcjonalna, ale razem tworzyły coś potężnie przyjaznego i miłego dla oka.





Właściciele restauracji pozawijani gumowymi wężami zmywali kurz wąskich ulic, przyklejony poprzedniego dnia. Były godziny poranne, szukaliśmy w Bermeo miejsca na kawę i śniadanie. Grupa młodych głośnych Brytyjczyków szurała metalowymi krzesłami po kamiennej posadzce i na nic zdały się moje wymowne powłóczyste spojrzenia ;) Jarek nie rozumiał, czemu mi to przeszkadza. Ale bywają detale, które uwierają.
W kawiarni bardzo uprzejmy właściciel zatroskał się o naszego psa. Tak zaczynał się kolejny piękny dzień nad Zatoką Biskajską. Wyzwolił w nas chęć zobaczenie znowu czegoś nowego i innego, pojechaliśmy więc do Bilbao…