Powrót z Kraju Basków i Hiszpanii powiódł nas przez Pireneje. Było to kwestią naszego wyboru, jak zawsze, kiedy podróżuje się kamperem :) Droga wiodła pomiędzy zalesionymi wzgórzami, czasami wspinając się na ich szczyty.

Czy to w dolinie, czy na grzbiecie gór, krajobraz za oknami kampera był przez cały czas piękny i upajający. Głęboka intensywność zieleni w ogóle nie pasowała do świadomości spustoszenia, jakie wszędzie w tym czasie w Europie wywoływało słońce.
Zatrzymywaliśmy się po drodze tu i tam, aby nacieszyć oczy widokami, zrobić drobne zakupy, pogadać z trekkingowymi turystami, usłyszeć gdzie tutaj jeszcze bardziej warto. Warto pójść, dojść, popatrzeć, zagłębić się, dotknąć czego, przeżyć coś.


W godzinach wieczornych dojechaliśmy do Pampeluny. Dość dużego miasta, będącego stolicą prowincji Nawarra. Tam zatrzymaliśmy się na nocleg.

Co roku w dniach 6 – 14 lipca organizowane są tu gonitwy byków i ludzi po ulicach miasta. Tej rozrywki zupełnie nawet nie próbuję zrozumieć. Ale miasto to jest także jednym z najważniejszych punktów dla pielgrzymów na Drodze Św. Jakuba, udających się do Santiago de Compostella. I wolę się skupić na tym drugim wątku. Jego pielgrzymkowy tułaczy charakter był zresztą w sierpniu bardzo czytelny. Wszędzie na chodnikach w centrum zalegały grupy ludzi, nawet w późnowieczornych godzinach. Tańczyli, śpiewali, imprezowali, byli bardzo wolni i rockandrollowi.





Przez kilka godzin wędrowaliśmy ulicami Pampeluny, daliśmy się ponieść jej niezwykłej atmosferze, było bardzo gorąco i wilgotno. Miejscami hałaśliwie, gwarno, historyczne centrum pełne było życia.




Kolejnego dnia nasza droga prowadziła dalej przez Pireneje, dojechaliśmy w porze lunchu do miejscowości Saint-Jean-Pied-de-Port, w rejonie Nowa Akwitania. A więc przejechaliśmy już przez granicę i znaleźliśmy się z powrotem we Francji.
Pomimo, że to stosunkowo niewielka miejscowość, jest bardzo silnym ośrodkiem kulturowym Kraju Basków. Co roku odwiedzana jest przez 55 tysięcy osób, głównie pielgrzymujących Francuską Drogą św. Jakuba w kierunku Santiago de Compostella. Zatem dla nas była to już druga odwiedzona miejscowość na trasie tych wędrówek.
Muszę przyznać, że atmosfera jest tam gęsta i niezwykła, pielgrzymi przechodzący z plecakami ocierali mi się o ramiona, kiedy wędrowałam głównym deptakiem od sklepiku do sklepiku. Ciężko opisać, który z nich był fajniejszy. Małe miejsca z uśmiechniętymi sprzedawczyniami i sprzedawcami, głównie rękodzieło lokalne, torby wędrowne, ceramika, magnesy, niestety trochę chińszczyzny także, ale mało. Pomimo, że sklepiki nie narzekają na brak zainteresowania, sprzedawcy mają tyle czasu, aby bez pośpiechu wdać się z tobą w wydłużoną rozmowę, dopytując skąd jesteś, a potem jak się żyje tam, skąd pochodzisz, jaką masz rodzinę, czy żyje im się dobrze, co ich cieszy i czym się zajmują.

Wąski uliczki pospinane są tasiemkami z kolorowymi chorągiewkami, unieruchomionymi brakiem jakiegokolwiek podmuchu.

Ciasno ustawione budynki dawały trochę przyjemnego cienia.
Nieco większą ochłodę dawał kościół. W nim także piękna wędrowna atmosfera, ale także spokój.

Pomimo, że sama w tym momencie nie byłam pielgrzymem Santiago do Comostella, poczułam z innymi silną więź, która rodzi się samoistnie, poprzez skłon głową, pozdrowienie, drobny gest.
Miasto przecina rzeka i to nad nią Saint-Jean-Pied-de-Port jest najczęściej fotografowany. Jest malowniczo, jest pięknie. Za chwilę rozstaniemy się z tym miejscem, pielgrzymi podążą w swoją stronę, a my udamy się w kierunku winnic regionu Bordeaux.