Szukaj. Szukaj jakiegoś miejsca do zjedzenia. - Z przyjemnego letargu wybijał mnie od czasu do czasu głos Jarka. „Miejsce do zjedzenia” nie może być takie sobie. Kryteria rodzinne są postawione wysoko. Musi zbierać dobre opinie innych (niby najprostsze – kierować się nimi, jak jesteśmy gdzieś po raz pierwszy), oferować naprawdę dobre potrawy, ale nie takie do końca zwyczajne, choć mają być lokalne i charakterystyczne, mają dać nam chwilę zanurzenia się w lokalnej kulturze. Miejsce nie ma popędzać, wręcz przeciwnie, masz mieć tam wrażenie, ze nigdzie ci się nie śpieszy. No i najlepiej, żeby serwowali naprawdę dobre wino. A poza tym fajnie, jak nie jest gorąco i fajnie, jak jest jakiś widok. Na ładny krajobraz albo chociaż na stoliki ładnie zapełnione innymi pełnymi życia ludźmi. No i ważne, żeby wpuścili psa. Dobrze jak by miejsce było szczególne z jakichś względów, może być historyczne, ale nie musi. Zapach od wejścia za to musi być dobry, a w karcie może być mały wybór, ale ważne aby była solidna porcja mięsa, bo w innym przypadku pół godziny później Mikołaj znowu zapyta czy jeszcze dzisiaj coś zjemy.
Czy zatem pilot wycieczki kamperowej ma mało roboty, kiedy usłyszy „szukaj jakiegoś miejsca do zjedzenia”? Niby mam wprawę w szukaniu, ale zawsze jest to jakaś tam zagwozdka.
Tym razem znalazłam restaurację, która wyglądała obiecująco. W małej, ale ładnej miejscowości, obszar winnic, parking pod starymi platanami, opinie w Google wychwalające pod niebiosa. No i ocena stosowna, aż 4.9. Udało mi się przekonać rodzinę, żeby pozbyli się wszelkich wątpliwości, że będzie ok. Bo przecież 4.9 nie zdarza się często, musi to być naprawdę sztos. Nawet pies uwierzył, że wydarzy się coś ekstra i człapał ufnie przy nas w upale, asfaltową ulicą, wzdłuż domów stojących murami bezpośrednio przy niej.
Zamknięte. Jak to zamknięte. Przecież napisali, że otwarte od 12.00. Nie dajemy za wygraną. Pukamy, ktoś otwiera, wchodzimy. Pani upaprana śladami jedzenia od stóp do głów, spoconą ręką przeciera czoło. Jedną, bo drugą przeciera w tym czasie ceratę na stole. Uśmiecha się. – Nie, zamknięte. Ale mogę Wam coś zrobić, co chcecie? – pyta i patrzy na plastikowe kontenerki wypchane jakąś sałatą ... Nic, uciekliśmy stamtąd. To był jakiś koszmar. I do tego waliło chlorem, nie jedzeniem.
No dobra, drugim razem muszę znaleźć coś naprawdę ekstra, bez wtopy, bo mnie rodzina zabije.
Jedziemy dalej, okolica ładna, winnice regionu Bordeaux dopiero zaczynają się zagęszczać. Ale jak człowiek głodny, to nic nie jest ładne. Sucha trawa. O matko, czemu przed każdą alejką z krzewami winogron jest taka sucha trawa. Czemu jej nikt nie zgolił. To jest brzydkie. Pierwszy raz widzę. Czyli absurd. Jak zaraz czegoś fajnego nie znajdę, to na wszystkich nas spadnie to zniechęcenie i osaczy nas co najmniej do rana.
Mam. Uff! Pojedziemy do Saint-Emilion. I to by strzał dziesiątkę.
Moi jednak nie dawali za wygraną i powątpiewali. Pokuta dla mnie została już wymyślona i wyartykułowana. Może to dawało im rozluźnienie :) Ratowałam się, jak umiałam. - Tak, będzie tam pełno restauracji. Wiele z nich ma nawet gwiazdki Michelin. Miejscowość jest historyczna i bajkowa. Z całego obszaru Bordeaux taka najbardziej całuśna z całuśnych. Będzie dobrze, zobaczycie.

Droga była coraz bardziej wąska i wydawało się, że prowadzi coraz bardziej donikąd. Tylko silne wewnętrzne przeświadczenie o własnej nieomylności, które na szczęście czasami mnie napada podstępnie, powodowało, że byłam w stanie Jarka przekonać, że ma dalej podążać tamtędy.
Zaparkowaliśmy w jakiejś szczelinie, wąski parking, wąska droga, upiornie gorąco, stare mury. Jedyne miejsce, gdzie dało się stanąć. W tym momencie Jarek był dalej przekonany, że miejsce i pomysł chybiony, że uzna za sukces jak na tym ciasnym gorącym zadupiu znajdę chociaż jedną restaurację. Był wieczór, ale było jasno, wszak to skraj zachodniej Europy. Poszliśmy do centrum. W zasadzie było dwa kroki dalej. Z każdą minuta robiło się lepiej i bardziej obiecująco. Ładna kamienna stara zabudowa, ludzie, otwarte restauracje, przepiękny zapach jedzenia. Ale skąd? Skąd tak naprawdę wydobywa się ten zapach. – Chodź tutaj! No chodź! – krzyknął Jarek. - Popatrz tam!
Podeszłam i stanęłam jak wryta. U stóp, za niewielkim murkiem w dole zaczaiła się baśniowa rzeczywistość. Pod nami, kilkanaście metrów niżej, był kamienny plac, otoczony bardzo starą zabudową, niezwykle kameralny, ale cały wypełniony stolikami i ludźmi, pomiędzy którymi uwijali się kelnerzy. Nad wszystkim, jak jakaś aktywna chmura, unosił się zapach najbardziej nieziemskiego żarcia, jaki można sobie wyobrazić.

Parę minut później siedzieliśmy już tam i my, przy jednym z tych stolików i chcieliśmy, aby ten wieczór się nigdy nie skończył.


Saint-Emilion jest prawdziwym sercem winnic Bordeaux.













Na noc przestawiliśmy się na pobliską winnicę, dwa kilometry od centrum miejscowości. Miała przygotowaną dla kamperów infrastrukturę. W jednym zdaniu oznacza to przestrzeń do zanocowania wśród rodzinnego biznesu winiarskiego prowadzonego od wielu pokoleń i w tym nieduży sklepik dla pogromców wina. Szczęśliwi kupujący nie płacą za nocleg inaczej, jak kartonami kupowanego wina, pakowanego po 6 sztuk. Tak się na winnicach przyjmuje.




Chyba wszyscy byli rankiem w tzw. polu, więc w sklepiku przyjęła nas senioralna niewiasta, zapewne mama, babka lub prababka aktualnego głównego winiarza. Stanęła na wysokości zadania, urządziła nam małą degustację jak to zwykle bywa, jedynie kiedy nalewała wino do kieliszków tak stukała butelką o brzeg, że baliśmy się, że połowę wyleje. Pierwsze skojarzenie, że to hektolitry wydegustowanego wina powodują na starość taką wdzięczną niezręczność i że właściwie to szacun, a nie klęska. Ale przytomnie poskromiłam od razu swoje głupie myśli, mogło to oznaczać każdą inną chorobę i nie wolno mi ani tego oceniać, ani pokpiwać sobie.
Pani była przemiła, pomimo, że ni w ząb po angielsku. Ale zakup wina na migi naprawdę nie jest trudny.
Na koniec transakcji dotarł chyba jej syn. Pogadaliśmy chwilę, wino było naprawdę znakomite. Tą znakomitość czuliśmy przy każdym kieliszku wypijanym już potem w domu, w Polsce. I ogromnie żałowaliśmy, że kupiliśmy tego boskiego trunku o wiele za mało. Jak zwykle.





