W Wenecji byliśmy już wielokrotnie. Teraz przyszła pora na to, aby staranniej przyjrzeć się terenom okalającym, które zwykle po prostu pokonujemy bez specjalnej atencji w drodze do celu, jakim sama w sobie stanowi Wenecja.
Spędziliśmy noc w miejscowości Chioggia. Dosłownie – noc. Miasto sprawiało wrażenie zapadnięcia w stan hibernacji. Piękna dostojna zabudowa wzdłuż kanału centralnego, śliczne kamieniczki, wiatr, wałęsające się koty i atmosfera, która nadawała by się do nakręcenia „Śmierci w Wenecji”. Pozamykane okiennice, spuszczone żaluzje, nieczynne restauracje, stagnacja odbijająca się w kałużach. Ciemne, kamienne chodniki , a na nich nikogo. Przez chwilę okrzyki rozbijające ciszę, poszliśmy za nimi, zniknęły, nie doprowadziły nas do nikąd, do żadnego życia…



Google pokazywał, że restauracje są w większości czynne, w rzeczywistości były zamknięte lub gorzej – zlikwidowane. Pomimo tego spacer w tych okolicznościach był świetny, a zdjęcia bardzo udane :)





Nie wiem, jak to się stało, że w końcu znaleźliśmy otwartą restaurację. A w niej pełen wybór ryb i owoców morza, świeżych, z porannego połowu i pobliskiego targu. Zagadujący kucharz. O matko, jaki cudowny ciepły wieczór tam spędziliśmy! Jak szybko zimna rzeczywistość przeistoczyła się w nieśpieszne, pełne aromatu i smaku godziny wysiedziane przy włoskim stole pełnym dobrodziejstw ich kuchni.

Rano zrobiliśmy jeszcze jedno podejście do tej miejscowości. W poszukiwaniu dowodów normalnego życia i ludzi, wyruszyliśmy rowerami na kawę w historycznym centrum. Udało nam się znaleźć miejsce czynne, gwarne, ze stolikami na dworze na półstojąco, nawet z gołębiami zbierającymi resztki pozostawione przez innych na stołach.







Kolejnym naszym celem była wyspa Burano, na którą dostaliśmy się drogą wodną z Wenecji.
Burano nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, w ostatnich latach bije rekordy instagramowej popularności. Chcieliśmy się przekonać czy kolory kamienic na żywo są tak samo intensywne. Są.










Natomiast miły wieczór nad Canal Grande w Wenecji, przy samym Ponte di Rialto, przy stoliku stojącym 30 cm od wody, z zawieszoną nagrzewnicą nad głową emanującą ciepłem i przyjemnym czerwonawym światłem to było idealnie to, co sprawiło nam wielką frajdę w ten kończący się zimowy dzień.






Poniżej jeszcze raz kilka najfajnieszych kadrów z tego wydarzenia: