Tak, taką przyrodniczą perłę zaliczyliśmy po drodze... O tym w dalszej cześci artykułu.

Droga powrotna z feriowego wyjazdu 2023 powiodła nas przez Słowenię, Węgry i Podkarpacie, a rozpoczęła się od stolicy Słowenii - Lublany.













Spędziliśmy w Lublanie kilka godzin, natomiast zaplanowanym miejscem noclegu była Skofja Loka. Kiedy opuszczaliśmy Włochy zaczynał lekko pruszyć śnieg, ale kiedy dojechaliśmy do tej cudownej historycznej słoweńskiej mieściny, była ona już całkowicie sponiewierana zimą.

Miejscowość jest bardzo mała, a jej najbardziej malowniczy kadr jest jednocześnie tym najbardziej popularnym, który pojawia się w wyszukiwarce. Krótko mówiąc, można stanąć na moście, pstryknąć jedno malownicze zdjęcie i jechać dalej. Wydaje mi się, że miejsce to jest najbardziej atrakcyjne dwa razy w roku – latem, kiedy tętni w niej życie i zimą, kiedy śnieg w sposób bajkowy przykrywa wszystko. Wolę lato niż zimę, więc wyobrażam sobie, że słoneczne obrazki z tej miejscowości byłyby dla mnie atrakcyjniejsze. Ale wyboru nie było.










Skofja Loka to historyczna miejscowość z długą historią, sięgającą 973 roku, chociaż prawa miejskie uzyskała dopiero w 1274 roku. W Średniowieczu kwitły tu rzemiosło i handel, bito własne monety. Kolejne wieki to szereg nieszczęść, pożar, atak Turków i zburzenie murów z pięcioma wieżami i pięcioma bramami miejskimi, kilkukrotne zarazy i trzęsienie ziemi, które ostatecznie w dużej mierze zniszczyło miasto. A potem były dwa kolejne pożary…
W 1987 roku średniowieczne centrum miejskie zostało wpisane na listę zabytków kultury.
Przespacerowaliśmy się w poszukiwaniu śladów życia. Odnaleźliśmy je tylko w jednej czynnej rano piekarni i jednej herbaciarni. Ani Jarka, ani Mikołaja tym bardziej, to miejsce szczególnie nie zachwyciło. Ja próbowałam wykrzesać z niego maksa i zrobiłam dwie pętle spacerem po wszystkich uliczkach. Potem pognaliśmy dalej.


Kierunek Węgry. Zima rozwijała się coraz mocniej, chwilami widoczność spadała do bardzo niskiej, a świat za oknem stawał się jeszcze bardziej baśniowy. Aż do czasu, kiedy Łagodne pagórki powoli ustępowały miejsca nudnym równinom. Można by się tak zawiesić w tej próżni myślowej, gdzieś na drodze kojarzącej się z niczym. Mijały kilometry, za oknami nic się nie zmieniało. Za każdym razem, kiedy przejeżdżam przez Węgry mam to samo wrażenie, że za oknami nie dzieje się nic. Sytuacji nie odmienia nawet wydłużony przejazd wzdłuż jeziora Balaton. Wzrok przeskakuje jedynie po drogowskazach i dziwacznie brzmiących nazwach w nadziei, że wraz z nimi otworzą się jakieś interesujące widoki. Niestety. Żeby Węgry zachwyciły, trzeba jechać w upolowane z góry miejsce.
Wieczorem dotarliśmy do Budapesztu. Postanowiliśmy odświeżyć w pamięci dobrze znane nam kąty.








Wieczór zakończyliśmy w przewspaniałej restauracji.

Kolejnego dnia odwiedziliśmy miejscowość Egerszalok. To właśnie jedna z tych węgierskich pereł, co do których trzeba mieć wiedzę i przekonanie, żeby się udać właśnie tam. Trzeba było pokonać kolejne 140 km nie napotykając dosłownie nic wartego uwagi w przypadkowych kadrach za oknem, aby dotrzeć do miejsca, które jest fenomenalne, magiczne, zielone, nie z tej planety, z Marsa może.
Węgry potężnie gorącymi źródłami stoją, a w nich woda gotuje się z najpiękniejszymi minerałami. To jedno z takich właśnie miejsc. Zorganizowano tu termalne kąpielisko lecznicze, ale komercja która wkroczyła wraz z nim nie jest tym, na czym chcę skupiać swoją uwagę. Wręcz przeciwnie, odwracałam wzrok od potężnego betonowego kombinatu hotelowo – uzdrowiskowego, wszak kuriozum cywilizacyjne wedrze się niestety wszędzie.
Białe tarasy z basenowymi zagłębieniami, wypełnione wapienną cieczą, która w swoim naturalnym procesie rozwarstwia się na dwa niezależne byty – parę wodną, kłębiącą się strojnie i widoczną z kilku kilometrów oraz kolorowe, zielone sole mineralne malujące impresjonistyczne mazgaje na dnie i obrzeżu wapiennych tarasów. Można tu przyjechać na dłużej i się spokojnie w nich wygrzać.





Bardzo blisko stąd znajduje się region winiarski Eger. W jednej z winnic udało nam się namierzyć wyśmienite wino, które zaserwowano nam dzień wcześniej do kolacji w Budapeszcie.
A potem kolejne kilometry drogi w zimowej scenerii.
Późnym wieczorem dotarliśmy do ukochanych przyjaciół w polskim Krośnie.
Na koniec umieszczam kilka przepięknych zdjęć podkarpackiej zimy.


W ten sposób nasza fantastyczna zimowa kamperowa podróż dobiegła końca.
Kolejna będzie już mocno wiosenna…