Budzik 7.00 piątek rano. To już dzisiaj - pierwsza w życiu wyprawa kamperem. Długo wyczekiwana, wymarzona wiele lat temu. Jeszcze tylko wyjazd do biura pozałatwiać ostatnie przed urlopem ważne sprawy no i w drogę. Grubsze pakowanie już mieliśmy za sobą, zostały nam ciuchy, jakieś gry planszowe i jedzenie – tak nam się wydawało :) Wstępny plan – wyjazd godzina 20. No, spodziewałam się jakiejś zwłoki, ale ostateczna godzina wyjazdu zawsze jest niespodzianką. Bądź co bądź nie jest łatwo zapakować do domu na kółkach 5-cioosobową rodzinę. Ostatecznie wsiedliśmy do naszego pachnącego nowością Kampusia o 21.45. Na początku drogi towarzyszyły mi niespokojne myśli: czy wszystko mamy? czy wszystkim będzie się podobało? czy podróż kamperem spełni moje oczekiwania? Nie dowiem się póki nie pojadę. Wkrótce pytania przestały zaprzątać moją głowę i oddałam się atmosferze przygody.

Nie mieliśmy jakiegoś ściśle określonego planu – pierwszy cel to Dolomity, drugi Istria. A co się wydarzy po drodze - zobaczymy. W końcu podstawowymi zaletami podróży kamperem jest niezależność i spontaniczność. Pierwszy postój w Nowogardzie nad jeziorem, rano szybka kawa i dalej w drogę.

Założyliśmy, że maksymalnie szybko chcemy się dostać do Cortiny d’Ampezzo, więc pojechaliśmy autostradą. Jeszcze jeden przystanek w uroczym miasteczku bawarskim Freystadt.



Muszę przyznać, że pierwsze dwa dni życia kamerowego nie były łatwe – obijaliśmy się o siebie, ciągle czegoś szukaliśmy. Chociaż nasz kamper jest stosunkowo duży to jednak dla pięcioosobowej rodziny (w tym czworo dorosłych) to spore wyzwanie. Ale jak już się nauczyliśmy się gdzie, co i jak i współpraca zaczęła działać to było jak w szwajcarskim zegarku.

Na pierwszy nocleg w Dolomitach wybraliśmy kemping 3km od Cortiny d’Ampezzo, w uroczym miejscu nad samą rzeką. A właściwie skąd pomysł na Dolomity? Góry kocham miłością od pierwszego wejrzenia. Zawsze najbardziej pociągały mnie też wysokie szczyty, w związku z tym z Arkiem przemierzaliśmy głównie tatrzańskie szlaki. Niestety dzieci nie podzielały naszej pasji, więc na długie lata odpuściliśmy urlopy w górach. Dolomitami zainteresowała mnie koleżanka, która z dziećmi jeździ w te rejony Alp od lat i wspina się po via ferratach, czyli żelaznych drogach. Zawsze wydawało mi się, że takie trasy są zarezerwowane dla dorosłych i to ze specjalnym przeszkoleniem wspinaczkowym. Okazało się, że via ferraty są szlakami o bardzo zróżnicowanym stopniu trudności, w skali od A do E. Znaleźliśmy trasy A, zrobiliśmy rozeznanie no i upewniliśmy, że 8-letnia Tosia też powinna dać sobie radę. Zaopatrzyliśmy się też w odpowiedni ekwipunek, czyli kaski, uprzęże i lonże. Nie jest to tani sprzęt, ale też nie kosztuje majątku. Część pożyczyliśmy od koleżanki, część udało się kupić w Decathlonie. Na tego typu trasy potrzebne są poza tym bardzo wygodne buty do turystyki górskiej. No i tak to było w tymi Dolomitami.
Kemping Olympia, na którym spędziliśmy pierwszą górską noc, oferuje pełną infrastrukturę niezbędną w kamperze. Na kempingu Olympia jest też sklepik, ale bardzo słabo zaopatrzony, więc raczej zalecam przyjazd z pełną lodówką.


Następnego dnia wybraliśmy się na trasę, o której wszędzie piszą, że to jak nasze Morskie Oko w Tatrach – czyli z listy miejsc, które obowiązkowo trzeba zobaczyć – Tre Cime. Do szlaku prowadzi prywatna, kręta droga, która kończy się parkingiem. Aby tam dojechać musieliśmy odczekać dobrze ponad godzinę w samochodowej kolejce.
Wjazd kosztował nas 40 euro, ale w tej cenie mogliśmy zostać na parkingu całą dobę.

Wjechaliśmy na górę, zaparkowaliśmy i miło było patrzeć, jak olbrzymie wrażenie widoki zrobiły na moich dzieciach, które całą drogę siedziały z nosami w smartfonach. 18-letni Kuba tylko zastanawiał się, czy te góry są tak wyjątkowe czy po prostu musiał dorosnąć, żeby uwrażliwić się na piękno gór.

Trasa dookoła masywu górskiego Tre Cime jest bardzo prosta, początek w zasadzie wiedzie piaszczystą drogą, później trzeba się trochę powspinać do przełęczy, ale cała trasa jest mało męcząca, łatwa i bardzo widowiskowa. Zaskoczyło nas, że tak niewielu turystów mijamy po drodze, porównując z tym, jakie tłumy w wakacje przemierzają szlaki w Tatrach. Pytanie, czy to wina coronavirusa czy mniejsza niż w Polsce popularność górskich wycieczek? Wróciliśmy wieczorem, ugotowaliśmy w kamperze pyszną włoską pastę, po czym z kubkiem kawy i piwem zaczęliśmy delektować się górskimi widokami w świetle zachodzącego słońca.